Menu Sidebar Widget Area

This is an example widget to show how the Menu Sidebar Widget Area looks by default. You can add custom widgets from the widgets in the admin.

OBECNOŚĆ 2 SPOWIEDŹ

,,Wybaw Nas Panie, od zła wszelkiego…”


„Chociażbym chodził ciemną doliną,
zła się nie ulęknę,
bo Ty jesteś ze mną.” Ps. 23


PODZIĘKOWANIA

Dziękuję Wszystkim, którzy nieustannie dodawali mi skrzydeł.


DEDYKACJA

Książkę dedykuję Wszystkim Tym, którzy poszukują spokoju ducha i niezmąconej radości życia.


PROLOG

Nawet jeśli człowiek nie stara się odszukać siebie samego, zostanie do tego zmuszony poprzez splot pozornie przypadkowych zdarzeń, które to w ostateczności całkowicie odmienią jego podejście do otaczającego świata. Porwani falą codzienności zapominamy o istocie naszego człowieczeństwa. Indywidualność tworzy naszą odrębność, której tak zapalczywie bronimy trwając przy swoich racjach.

Drogi Czytelniku, mam nadzieję, że niniejsza publikacja w dużym stopniu odmieni Twoje życie. Dotychczas nie potrafiłam zrozumieć dlaczego tak wiele czasu zajmuje mi wypełnienie pustych kartek wartościowymi zapiskami.

Poprzednia publikacja powstała przecież zaledwie w przeciągu kilkunastu dni.

Teraz wiem, że potrzebowałam przejść przez ogrom różnorodnych doświadczeń, które to w ostateczności kompletnie zmieniły postrzeganie otaczającej mnie rzeczywistości. Pozwoliły jednocześnie dostrzec najistotniejsze wartości, które tak naprawdę były mi przecież znane od dziecka… Zostały jednak gdzieś poza mną. Stłamszone życiowymi problemami oraz pędem codziennego życia. Zepchnęły mnie jednocześnie w zupełnie inny wymiar egzystencji.

Wówczas nie miałam pojęcia w jak bardzo złym kierunku zmierzam…

Moja osoba posłuży w tej książce niejako za przykład tego, jak mocno pewne doświadczenia potrafią przewartościować życie. Nie wiem czy będę w stanie pisać o wszystkim co wydarzyło się od czasu powstania ostatniej publikacji.

Niektóre z historii mogą wydawać się zwyczajnie nierealne i wyimaginowane. Jednak zdecydowanie pozytywna reakcja Czytelników na pierwszą książkę i Wasza wiara w egzystencję poza naszym doczesnym życiem dodaje mi odwagi do tego, aby poruszyć kolejne niezrozumiałe z logicznego punktu widzenia kwestie.

Jednocześnie zmusza mnie do tego, aby ostrzec jak największą liczbę osób przed popełnieniem błędów jakie popełniłam sama poszukując odpowiedzi na wiele trapiących mnie pytań…


ETIOLOGIA

Dziewięcioletnia, blondwłosa, drobna dziewczynka siedzi na drewnianej ławce przed rodzinnym domem.

Nerwowo wpatruje się w piętrowy budynek huśtając nogami… Stopniowo wzrasta w niej poczucie nieuzasadnionego napięcia i strachu.

Dlaczego? Przecież jest dzień. Zaledwie kilkanaście minut po godzinie 12 w południe. Świeci słońce, bajeczna pogoda. Lekcje skończyły się wcześniej. Ukochana babcia jest gdzieś poza domem, a rodzice
w pracy. Starsza siostra przekazała jej na szkolnym korytarzu, że również niebawem wróci.

Dziecko doskonale wie gdzie znajduje się klucz do domu. Zawsze w tym samym miejscu.
Pod zewnętrznym parapetem obok wejściowych drzwi. Nigdy nie było wiadomo kto wróci do niego pierwszy.

Wszyscy żyliśmy w biegu…

Po raz pierwszy z tak ogromnym lękiem przekręca klucz w drzwiach wejściowych. Są przepiękne – drewniane. Z sześcioma ozdobnymi szybkami. Tata zamówił je u jednego z lokalnych stolarzy. Mała wchodzi do przedsionka. Zamyka pierwsze drzwi. Otwiera kolejne. Bardzo ciężkie, solidne. Jest w kuchni. Udaje się prosto przed siebie, a następnie kieruje na klatkę schodową.

Znajduje się już na przedostatnim stopniu stromych, drewnianych schodów kiedy słyszy czyjeś kroki. Ktoś z impetem stąpa po miniętej przed chwilą kuchni. Jak opisuje później w swoim dzienniku: ,,…niczym
w stalowych butach”.

Wystraszona krzyknęła:

– Kasia…? To Ty? Nie rób sobie żartów…

Brak odzewu. Cisza.

Przerażona przysłuchuje się temu co dzieje się piętro niżej. Powolutku znów schodzi
z kolejnych stopni, bacznie rozglądając się wokół…

– Kasia…? Jesteś tu?

Wchodzi do kuchni, sprawdza przylegającą do niej dużą łazienkę oraz mały pokój.

W domu nie ma jednak nikogo poza nią. Upewnia się, czy drzwi są zamknięte.

Dziwna logika dziecka, impulsywne działanie, zamiast wyjść z domu szybko ucieka do łazienki na piętrze. Zamyka się w niej.

Skulona siada w kącie zalewając się łzami. Płacze w głos niczym maleńkie dziecko. Czuje jednocześnie coraz większy niepokój.

W domu trwa nieznośna cisza, która dogłębnie trawi ją od wewnątrz.

Mijają dwie godziny, a może i więcej czasu. Jej wydaje się jednak, że to cała wieczność.

Nagle w domu rozlega się znajomy głos:

– Gosia? Jesteś…? Gośka…!

Wręcz sparaliżowana strachem, zanosząc się płaczem wychodzi z łazienki. Powraca na krawędź schodów. Łkając pyta przez łzy, ledwo mogąc wydusić z siebie jakiekolwiek słowo:

– Kasia… to Ty…?

Katarzyna pojawia się na dole klatki schodowej nie mogąc pojąć co dzieje się z jej siostrą. Próbuje wyciągnąć od niej jakieś informacje, ta nie może się jednak uspokoić. Stara się wyjaśnić jej zaistniałą sytuację. Siostra przytula ją mocno.

Małgorzata pyta:

– Dlaczego wróciłaś tak późno…!?

Kasia odpowiada cichutko, a jej buzia przybiera blady kolor:

– Słuchaj, zostałam dłużej… Nudziło nam się. Bawiliśmy się podczas przerwy z klasą
w wywoływanie duchów…

Bardzo często zastanawiałam się dlaczego moje życie pod wieloma względami nie do końca przypomina codzienność rówieśników. Jest od dziecięcych lat przepełnione ,,innym” życiem tak mocno, iż odnosiłam wrażenie bycia gdzieś pomiędzy fizycznym, a duchowym wymiarem. O ile będąc małym dzieckiem myślałam, że każdy człowiek spotyka się z podobnymi doświadczeniami i jest to całkowicie normalne – dorastanie zweryfikowało, że niestety jestem z tym ,,problemem” właściwie kompletnie sama. Przynajmniej pośród osób, które wówczas znałam.

Co konkretnie mam na myśli pisząc te słowa? Przykładowo silne przeczucie mających nastąpić zdarzeń, które to za chwilkę rzeczywiście stały się faktem. Wiele wiedziałam – nie chcąc wiedzieć. Często dostrzegałam to, czego nie uchwycili inni. W pewnym momencie życia zdałam sobie sprawę, że zdarza mi się ,,czytać” ludzi niczym otwartą książkę. Nawet, a może przede wszystkim – osób których nie znałam. Spotykałam ich po raz pierwszy w życiu np. w miejscu pracy. Niesamowicie mocno odczuwałam i nadal odczuwam emocje innych ludzi – zwłaszcza te negatywne. Ból oraz doznania najbliższych mi osób odczuwam szczególnie silnie. Traktowałam te wszystkie sytuacje jako swego rodzaju
przekleństwo. Chciałam być taka jak wszyscy wokół. Po prostu skoncentrować się na teraźniejszości.

Nie wiem czy przytoczona tutaj etiologia faktycznie stała się powodem powstania całego ciągu zdarzeń. Pewne sytuacje pamiętam bowiem już z czasów kiedy byłam 4 letnim dzieckiem. Ale o tym może więcej
w innym wątku. Książka nie bez powodu będzie troszkę odbiegać od chronologii wydarzeń – aby być bardziej zrozumiałą dla Odbiorcy.


Nasz Ziemski Anioł…

To bez wątpienia jedno z określeń, które mogę śmiało rzec – cechuje moją śp. babcię Marysię.

Krótka wzmianka o tej przewspaniałej kobiecie pojawiła się już na kartach pierwszej książki.

Niniejszy rozdział szerzej odkryje przed Wami kilka historii z życia tej niezwykłej kobiety.

Miałam ogromne szczęście spędzać z nią w dzieciństwie całe dnie. Kryć się pod jej ,,skrzydłami” gdy tylko zachodziła taka potrzeba.

Droga Babciu…

Ty wiesz jak bardzo mi Ciebie brakuje.

Gdybyś nadal żyła w tym ziemskim wymiarze, zrobiłabym absolutnie wszystko, aby po prostu Cię przytulić. Być przy Tobie. Ponownie spojrzeć w te błękitne oczy.

Pozostały mi sny, które dają jednocześnie tyle nadziei…

Nigdy nie ma odpowiedniego czasu na odejście. Wierzę jednak, że już nie cierpisz. Zasłużyłaś na wszystko co najlepsze.

Wiele cech charakteru, zdolności, nawyków – ,,przechodzi” z pokolenia na pokolenie. Nie wiem czy jesteście tego świadomi.

Jak wspomniałam, zawsze wyróżniały mnie na tle innych dzieci pewne niewytłumaczalne ,,umiejętności”.

Nie wiedzieli o nich wszyscy, ale wiele osób z najbliższego kręgu rodziny czy znajomych – tak. Ciężko było to ukryć. Często pytano mnie o wiele aspektów. Starałam się pomimo wszystko wieść życie jak rówieśnicy. Byłam nawet czasem niezłą rozrabiaką…

Cieszyłam się z najdrobniejszych rzeczy. Płakałam w ciszy.

Ten fakt również w dużym stopniu odzwierciedliły Czytelnikom pierwszej książki cytowane w oryginalnej pisowni fragmenty dzienników z nastoletnich lat.

Dziś domniemam, że odziedziczyłam po babci wiele cech i wspomnianych ,,umiejętności”.

Co dziwne. Te ,,dary” – zaczęły mocno narastać po jej śmierci.

Mój charakter jest na pewno w dużym stopniu odzwierciedleniem jej spojrzenia na świat. Dostrzegam jedną zasadniczą różnicę – babcię wyróżniał wewnętrzny spokój, który wręcz emanował z jej osoby.

Cofnę się na chwilkę w czasie i przybliżę Wam jedno z niesamowitych wydarzeń. O ile dobrze pamiętam zdarzenie to miało miejsce w roku 2004 i na pewno wypadło w dzień któregoś ze Świąt Maryjnych. Bodajże 8 grudnia.

Babcia zawsze wstawała o świcie i tym samym jak żartobliwie zwykło mawiać się na wsi:
,,chodziła spać z kurami”. To oczywiście przenośnia. Określenie owo dotyczy dotyczy bowiem wczesnej pory kładzenia się do łóżka.

Tego dnia miał w naszej rodzinie miejsce jeden z wielu cudów. Podczas powrotu z pracy tata uległ wypadkowi samochodowemu. Stracił panowanie nad kierownicą w trakcie zjazdu z dość stromego wzniesienia. Auto zostało doszczętnie zmiażdżone. W miejscu kierownicy znalazło się… drzewo.

Kiedy wrócił do domu – w okolicach łuku brwiowego miał wyłącznie lekką ciętą ranę. Niespełna 2 letni wówczas samochód nadawał się już tylko do złomowania. Mężczyzna zabierający pojazd zapytał ile osób straciło w nim życie. Nie dowierzał, że tata wyszedł z tego zdarzenia cało…

Tej samej nocy nieświadoma zaistniałej sytuacji babcia miała sen. Przyśniła się jej mama, a moja prababcia. Rzekła do niej: ,,Marysiu, powiedz Włodkowi kto go uratował, przekaż kto to był. Sama Matka Boża przyszła mu z pomocą!”. Powiedziała kobieta wskazując palcem na przepiękny obraz Matki Boskiej.

Rankiem, przy śniadaniu, siedząc przy stole, babcia opowiedziała o tym przedziwnym śnie mojej mamie.
Ta z kolei zanim zdążyła opowiedzieć jej co wydarzyło się poprzedniego wieczoru – schowała twarz
w dłoniach. Z jej oczu popłynęły łzy.

Życie babci było wypełnione mniejszymi i większymi cudami. Przytoczę tutaj jeszcze dwa z nich jednak jeśli czas pozwoli do osoby babci jeszcze powrócę.

Wychowałam się na wsi. To był wspaniały czas. Momentów, które do końca życia będę wspominać
z ogromnym sentymentem. Pamiętam dzień, w którym rodzice standardowo pojechali do pracy. Tata zajmował się wówczas m.in. lokalną polityką, mama pracowała w księgowości.

Mieliśmy w tym czasie nieco płodów rolnych na tak zwany własny użytek. Zazwyczaj zajmowała się nimi właśnie babcia. Pewnego dnia, będąca już wówczas po 70 roku życia kobieta, obrała sobie za cel usunąć chwasty ze sporego areału, na którym rosły ziemniaki. Wybrała się na pole wczesnym rankiem. Na głowę nałożyła chusteczkę, wzięła z sobą wodę i chleb. Dotarłszy na miejsce jak zwykle z modlitwą na ustach zabrała się do pracy.

Rodzice wrócili z miasta. Mama postanowiła sprawdzić czy u babci wszystko w porządku. Wizyta na polu w jej opinii nieco się przedłużyła. Dotarła na miejsce i zdumiona zdała sobie sprawę, że praktycznie cały obszar ziemniaków pozostał pozbawiony chwastów. Przekonana, że przez te kilka godzin babcia nie pracowała sama, zapytała z uśmiechem:

– Mamo, kto ci pomógł?

Babcia sięgnęła do fartuszka i ocierając chusteczką spoconą twarz, rzekła ze spokojem:

– Aniu, Wszyscy Święci. Sama, sama nie dałabym rady dziecko…

Dokładnie w roku 2000 idąc pieszo do pobliskiego kościoła babcia uległa poważnemu wypadkowi. Wynikiem obrażeń jakich doznała były m.in. wstrząśnienie mózgu oraz zmiażdżenie prawej nogi. Zdarzenie spowodował człowiek prowadzący pojazd pod wpływem alkoholu. W ocenie lekarza kobieta miała już nigdy nie chodzić. Kiedy po trudnym okresie leczenia oraz rehabilitacji rodzice zabrali ją na kolejną z wizyt kontrolnych, lekarz pozostawił na chwilkę całą trójkę samych. Poprosił, aby na niego poczekano. Pobiegł po… kamerę. Po powrocie, nagrywając babcię, oczywiście za jej zgodą, poprosił ją
o opowiedzenie w kilku zdaniach jaki zabieg przeszła i jak się czuje. Babcia przyjechała na wizytę spacerując o balkoniku. Lekarz operujący ją oraz prowadzący leczenie uznał, że stanowi to medyczny cud, co też chciał udokumentować owym nagraniem.

Co ciekawe, na wspomnienie tragedii oraz związanego z nim ogromnego cierpienia, które przeszła babcia, ona sama zawsze odpowiadała: ,,To nie wina tego człowieka, a alkoholu. Nie on to zrobił…” 

Gdybym nie była świadkiem sytuacji, którą opiszę, pewnie samej ciężko byłoby mi w nią uwierzyć. Niestety nie upłynęło wiele lat, a przyszło mi zmierzyć się z kilkoma podobnymi zdarzeniami.

O ile dobrze pamiętam w roku 2013 babcia zachorowała na zapalenie stawów. Nigdy nie powróciła już do sprawności fizycznej. Została przykuta do łóżka. Stała się tym samym zależna od poświęcającej się jej opiece mojej mamy oraz dorastającego brata Pawła. Psychicznie jednak przez długie lata, niemalże do śmierci zachowywała świadomość otaczającej jej rzeczywistości.

Była wczesna godzina. Około 7,30. Przyjechałam wówczas do rodzinnego domu po tatę, aby wspólnie
z nim po powrocie do miasta otworzyć biuro.

Kiedy tylko przekraczałam próg domu zawsze najpierw biegłam do pokoju babci, aby ją ucałować.

Szybko pomknęłam schodami na piętro.

Z przerażenia znieruchomiałam jednak tuż przed wejściem do pomieszczenia.

Nigdy nie zapomnę tego widoku… Dosłownie zmasakrowanego pokoju. Niczym po przejściu gwałtownej burzy, tornada. Książki na podłodze, poprzewracane figurki, zdarty obrus. Poduszki leżące na krzesłach…

Babcia… Tak krucha, nie mogąca wstać o własnych siłach kobieta… Mocno ściskała w rękach ulubiony, zdarty różaniec. Siedziała na podłodze ,,zdewastowanego” pokoju. Po raz pierwszy w życiu widziałam w jej oczach strach i ogromne przerażenie. Do pokoju przybiegli również mama i brat.

Babcia przerażona powtarzała w kółko patrząc na nas: ,,Czort, Czort.. to jego sprawka… to jego sprawka, to nie ja…”

Wszyscy mamy świadomość nieuchronności przemijania oraz kruchości ludzkiego życia.
Już od dziecięcych lat mój umysł wypełniał strach przed nadejściem tak tragicznej chwili jak pożegnanie któregokolwiek z członków najbliższej rodziny.

Dzień 18 listopada 2017 roku pozostanie w mojej pamięci do końca życia. Straciłam wówczas osobę, która była dla mnie najcenniejszym, ziemskim skarbem. Kogoś, kto nauczył mnie jak żyć, przekazał najistotniejsze wartości.

Wciąż jest we mnie tak wiele żalu i bólu. Pretensji do samej siebie, że nie znalazłam więcej czasu, aby należycie odwdzięczyć się jej za tę przeogromną, bezwarunkową miłość.

Ludzkie uczucia, tłamszone gdzieś w środku, blokują nas samych przed docenieniem niewymiernej wartości posiadania jednego z bezcennych darów… Między innymi właśnie wspomnianej bezwarunkowej miłości drugiej osoby. Słowa, które chcielibyśmy wypowiedzieć, a które nie znajdą już odbiorcy w tym fizycznym świecie.

Tak mocno przeżywamy każdą stratę.

Spójrz, czas rysuje coraz szerszy krąg wśród tych, którzy jeszcze przed chwilą byli obok nas.
Odwiedzając rodzinne strony mijam kolejne domy i uświadamiam sobie, ze z każdym rokiem jest w nich coraz mniej ludzi, których znałam osobiście.

Czasem oczy bolą od łez. Łez, które przykrywają te minione dni.

ZASADA PRZYCZYNY I SKUTKU

W roku 2016 moja przyjaciółka Dorota podczas przemierzania alejek cmentarza w swojej rodzinnej miejscowości napotkała swoją dalszą sąsiadkę, Joannę. Kobieta straciła syna w niewyjaśnionym wypadku samochodowym. Poszukiwała pomocy zarówno dla zmarłego członka rodziny jak i dla siebie. Żaliła się mojej przyjaciółce.

Dorota zdecydowała się opowiedzieć jej moją historię. Pożyczyła jej moją pierwszą książkę.

Kobieta po zapoznaniu się z publikacją bardzo nalegała na spotkanie ze mną. Ja byłam jednak bardzo sceptycznie nastawiona do odwiedzenia jej. Wręcz unikałam tego spotkania…

Wybudzona głośnym dzwonkiem telefonu leniwie przeciągam się na łóżku. Niefortunnie zahaczam ręką
o urządzenie, które z impetem spada z materaca na podłogę.

Otwieram oczy. Sięgam po komórkę. Jest 7 rano, sobota. Jeden z piękniejszych sierpniowych dni 2016 roku. Odbieram połączenie. To moja przyjaciółka Dorotka.

– Hej Gosiu, co słychać? Zapytała.

– Witaj Kochana. W zasadzie… chyba wszystko w porządku. Jestem tylko bardzo niewyspana.
A co dobrego u ciebie?

– U mnie też okej. Odpowiedziała. Znów widziałam się wczoraj z Asią. To ta kobieta, o której opowiadałam ci ostatnio, pamiętasz? Wciąż bardzo nalega na spotkanie z tobą. Może w końcu wybierzemy się do niej wspólnie? Zapytała.

– Dorotka, wybacz, ale ja naprawdę mam już dość tej paranormalnej tematyki. Miałam chwilę spokoju
i dziś jak na złość prawie nie zmrużyłam oka…

– Ojej… dlaczego? Co się stało? Zapytała zdziwiona.

– Wiem, że zabrzmi to absurdalnie, ale odnoszę wrażenie, że była u mnie nie tylko duchowo,
ale i fizycznie jakaś kobieta…

– Co ty mówisz? Kto taki? Dopytywała dalej przyjaciółka.

– Nie mam pojęcia. Nie kojarzę takiej osoby. Była tęgiej postury, miała krótko obcięte, raczej ciemne włosy oraz charakterystycznie przymrużone oczy. Wiek… myślę że około 60 kilku lat…

– O Rety! Wykrzyknęła Dorota. Czego od ciebie chciała!?

– Słuchaj, wiem że to mało poważne, ale ona… budziła mnie wczoraj trzykrotnie kiedy tylko próbowałam zamknąć oczy. Wręcz szarpała za ramiona, mówiąc ze złością abym: ,,wstała i w końcu zainteresowała się tą sprawą, zrobiła coś z tym!. ”  A ja po pierwsze nie mogę jej z nikim skojarzyć, a po drugie… skąd mam wiedzieć o jakiej ,,sprawie” mówiła? Wierz mi, to było tak wstrząsające przeżycie, że w ogóle bałam się zasnąć. Udało mi się to około 6 nad ranem… Chociaż i tak byłam śmiertelnie przerażona. Odpowiedziałam.

Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza. Zapytałam więc:

– Kochana… jesteś tam? Żyjesz?

– Żyję, żyję Gosiu. Ja wiem kim jest ta kobieta…

– Dorotka… to naprawdę nie jest zabawne. Odpowiedziałam lekko poirytowana.

– Ale ja wcale się nie śmieję. Odpowiedziała pewna siebie przyjaciółka.

– Pojedziesz w końcu ze mną do Aśki? Zapytała ponownie.

– A jaki to ma związek z nią? Zaczęłam być dociekliwa.

– Obiecuję ci, że jeśli pojedziesz ze mną to wszystko ci wyjaśnię.

– Nie mam pojęcia do czego zmierzasz. Odpowiedziałam.

– Zaufaj mi, proszę. Nalegała przyjaciółka. Jedziemy?

– Posłuchaj… jeśli w jakimkolwiek stopniu ma mi to pomóc… Ok. Po prostu wybierzmy się tam.


NIEKONWENCJONALNA WIZYTA

Dorotka przyjechała po mnie. Przywitałyśmy się ciepłym uściskiem i wspólnie wybrałyśmy się do Joanny. Kobieta mieszkała kilka kilometrów od miasta.

– Dziękuję, że się zgodziłaś Gosiu. Powiedziała przyjaciółka spoglądając na mnie z uśmiechem zza kierownicy.

– Dla Ciebie wszystko Kochana, chociaż nie ukrywam, że trochę przeraża mnie ten wyjazd
i nie do końca rozumiem o co chodzi.

Odpowiedziałam i zerknęłam zamyślona na mijane za szybą budynki w naszym małym, urokliwym mieście.

– Bez obaw, nie pożałujesz tej wycieczki. Na pewno coś ci wyjaśni. Powiedziała lekko rozbawiona przyjaciółka.

– Coś ty wymyśliła Doris to ja nie wiem… No, ale nie mam już wyjścia. Również z uśmiechem zerknęłam na przyjaciółkę.

Dotarłyśmy  na miejsce. Dorotka zaparkowała samochód przed ogromnym budynkiem mieszkalnym
z białej cegły. Prowadziły do niego dwa wejścia – jedno od strony frontu,  drugie od wewnętrznej strony podwórza. Z drugich drzwi prędko wyszła szczupła, blondwłosa kobieta. Ze łzami w oczach powitała nas
przytulając każdą z osobna. Zaprosiła nas do środka.

Już po  wejściu do budynku, nie wiedzieć czemu poczułam się bardzo słabo, wręcz zaczęłam fizycznie tracić siły. Weszłyśmy do korytarza. Tuż za nim znajdowała się kuchnia.
W niej mnóstwo stylowych, białych szafek. W pomieszczeniu panował ogromny nieład. Przeróżne przedmioty leżały praktycznie w każdym zakątku przestrzeni. Wszystko to sprawiało wrażenie totalnego chaosu. Zaraz za kuchnią po prawej stronie znajdował się mały pokój. Pomieszczenie w przeciwieństwie do tego, które minęłyśmy – było czyste, zadbane. Z prawej strony był usytuowany ciemny segment. Na jego froncie w ozdobnych ramkach dostrzegłyśmy fotografie zmarłego chłopaka oraz jego osobiste przedmioty. Weszłyśmy do pokoiku.

Na prośbę Joanny  usiadłyśmy przy stoliku umieszczonym obok okna. Dorotka przysunęła krzesło bliżej mnie. Kobieta zaproponowała nam coś do picia. Poprosiłam o wodę. Moja przyjaciółka o kawę.

Joanna przyniosła ciastka i poszła przygotować napoje. Wręczyła Dorocie album prosząc ją, aby pokazała mi więcej fotografii jej tragicznie zmarłego syna Przemysława.
Zaczęłam powoli przeglądać kolejne kartki zbioru. W pewnym momencie mój wzrok szczególnie przykuło jedno ze zdjęć. Przedstawiało kobietę z krótkimi włosami w średnim wieku na tle budynku z białej cegły
w którym się znajdowałyśmy. Owa pani ze zdjęcia miała charakterystyczne, przymróżone oczy.

Znieruchomiałam ze strachu wpatrując się w wizerunek pani z fotografii.
Po policzkach zaczęły płynąć mi łzy.

– Dorotka…  zwróciłam się do siedzącej obok przyjaciółki. Muszę ci coś powiedzieć.

Dorota widząc, które zdjęcie szczególnie zwróciło moją uwagę mocno ścisnęła moją rękę
i rzekła:

– Gosiu, właśnie po to cię tutaj zabrałam. Mówiłam Ci, że wiem kim jest ta kobieta…

Po jej policzku również spłynęła łza, a oczy pomimo smutku promieniały życzliwością.

Joanna wróciła w tym momencie do pokoju. Zrozpaczona wspominała o wielu szczegółach
z dnia śmierci jej syna. Winiła za tę tragedię jednego z żyjących członków rodziny. Opowiedziała nam wówczas również długą, wstrząsającą historię o tym jak sama określiła: ,,jakieś przekleństwo” zabiera z jej rodziny już trzeciego młodego chłopaka z kolejnego pokolenia.

Kobieta oprowadziła nas przed wyjściem po całym wielkim domu. Do dziś dnia nie wiem dlaczego, ale prawie straciłam przytomność zaglądając do pokoju zmarłego Przemka. Nie chciałam tam wejść. Kurczowo trzymałam się ramienia przyjaciółki. Prosiłam ją cicho abyśmy jak najszybciej opuściły to miejsce i wracały do domu…

Po kilku latach od wizyty w tym przedziwnym miejscu dowiedziałam się, że mój kolega
z branży, Paweł, prowadził próbę uzyskania odszkodowania dla tej rodziny.

Będąc na miejscu zdarzenia, w miejscowości odległej kilka kilometrów od miejsca zamieszkania zmarłego chłopaka, jego pojazd uległ niewyjaśnionej, poważnej awarii. Naprawa jej wymagała wezwania na miejsce mechanika samochodowego…


DZIEŃ, KTÓRY WSZYSTKO ZMIENIŁ.

Dnia 09.06.2008 roku lokalne mass media obiegła dramatyczna informacja. Przytoczę ją w oryginalnej pisowni:

,,ZAGOŚĆ: Zginęła 17 – letnia dziewczyna.

W nocy z niedzieli na poniedziałek w Zagości (powiat pińczowski) została potrącona śmiertelnie 17 letnia dziewczyna, wracająca z dyskoteki.

Kierowca nawet się nie zatrzymał i nie sprawdził, czy dziewczyna nie potrzebuje pomocy tylko uciekł z miejsca wypadku.

Trwały poszukiwania sprawcy. Policjantom szybko udało się ustalić, kto mógł siedzieć za kierownicą feralnego auta.

Zatrzymano 30 – latka, który podczas rozmowy z policjantami przyznał się do spowodowania wypadku w Zagości.

Nie został dziś przesłuchany, z tego względu iż był nietrzeźwy. Dopiero jutro usłyszy zarzuty spowodowania wypadku śmiertelnego i ucieczkę z miejsca dramatu oraz prowadzenia auta po alkoholu.

Grozić mu będzie od 2 do 12 lat więzienia.” 

Minęło tak wiele lat. Ogrom cierpienia i nieopisanego bólu. Nie tylko rodziny Marioli.

Czasem myślałam, że ta tragedia chyba najbardziej wpłynęła na moje życie. Pisząc te słowa po twarzy płyną mi łzy.

Tak bardzo chciałam o tym zapomnieć. Jednak wieloletnie, dobitne sny z udziałem zmarłej nie pozwalały mi na to.

Gdybym miała świadomość tego jak bardzo to wydarzenie odmieni i poniekąd zrujnuje także moje życie, wiele jego aspektów… Nie wiem czy świadomie podejmowałabym decyzje, których celowość jak się później okazało, dopiero po wielu latach doczekała się wyjaśnienia.

Powyższe utwierdziło mnie tym samym w przekonaniu, że absolutnie nic co spotyka nas w życiu nie jest przypadkiem. Zawsze czemuś służy.

Kwestia tego jak wykorzystamy tak silne emocje i doświadczenia. Czy będziemy umieli przekłuć je w cokolwiek pozytywnego? Jak w ogóle można zadać takie pytanie w sytuacji, w której tak naprawdę jeszcze dziecko – traci nagle życie w tragicznym wypadku?

Pomimo tego, że przyszło mi zmierzyć się z prawdziwym piekłem na ziemi, nie zawrę w tej publikacji wszystkiego co przeszłam. Opiszę Wam jednak ku przestrodze ścieżki, które polecam z pełną odpowiedzialnością omijać. Dla dobra Waszego ciała, duszy, a nade wszystko ŻYCIA WIECZNEGO.

W które ja nie napiszę, że wierzę. Ja WIEM, że nie jest żadną fikcją.

Milczenie rodzi się w ciszy.

Nienawiść można zabić wyłącznie miłością.


NEW AGE = SZEŚCIU LITER ZŁA CIĄG DALSZY

Zapewne gdyby nie drastyczne doświadczenia jakich dosięgłam w ogromnej mierze na własne życzenie, dalej tkwiłabym i nie boję się tego napisać. W okrutnym bagnie zła. I to bardzo delikatne porównanie.

Nie wiedziałam, że pozornie bezpieczne zainteresowanie przykładowo innymi kulturami to tak naprawdę żywa batalia o duszę człowieka.

Zdaję sobie sprawę, że brzmi to jak science fiction. Wiem jednak, że osób podobnych do mnie są na świecie co najmniej miliony. Nie każdy ma odwagę mówić/pisać o tym co wówczas przeszedł. Praktycznie każda z tych historii przypomina opowieść z gatunku filmów grozy. Moja również.

Wiem, że poruszona tutaj tematyka u wielu osób może wywołać efekt wyparcia i skrajne emocje.

Złość, nienawiść, śmiech. Sama reagowałam podobnie. Jednak wszystko to, co wydarzyło się w moim życiu w czasie kiedy w tym wszystkim tkwiłam, nie pozwala mi pozostać obojętną na cierpienie innych. Osobom, którym być może tak jak mnie równie ciężko będzie porzucić dotychczasowe zainteresowania, styl bycia.

To wszystko było częścią mojego życia. Nieświadomie wzrastało razem ze mną.

Chwilkę po POZORNYM ,,wyjaśnieniu” przez Rafała dziwnego fenomenu nawiedzającej mnie w snach zmarłej koleżanki, obudził mnie bardzo zły sen. Nie pamiętam jednak kompletnie jego treści. W gratisie po koszmarze pozostało mi coś jeszcze – silny, nieuzasadniony lęk.

Sięgnęłam po telefon. Wpisałam w wyszukiwarkę internetową pytanie jak sobie z nim poradzić.

Jedną z pojawiających się sugestii była… hipnoza.

Niewiele myśląc już chwilkę po godzinie 8 zadzwoniłam do człowieka, który był,
a może i nadal jest, uważany za: ,,najlepszego w tej dziedzinie”. Mężczyzna miał siedzibę swojej działalności we Wrocławiu. Ustaliłam możliwie szybki termin spotkania i postanowiłam wybrać się na miejsce wspólnie ze znajomym, który zgłaszał mi jakiś czas temu podobny problem.

Wraz z kolegą Tomaszem, z lekkim przerażeniem wybraliśmy się do celu. Nie wiedzieliśmy zasadniczo czego możemy spodziewać się na miejscu. Po ponad 4 godzinnej trasie przybyliśmy na miejsce.

Wyszliśmy z samochodu rozglądając się wokół. Duży wolnostojący dom sprawiał wrażenie zwyczajnego, rodzinnego budynku.

Nagle przed posesją pojawił się siwy mężczyzna średniego wzrostu z bujną fryzurą. Andrzej, bo tak miał na imię owy pan, otwarł drzwi budynku i zaprosił nas do wewnątrz.

Po wejściu do środka naszym oczom ukazał się ogromny przepych. Mnóstwo pięknych, drewnianych mebli, pokaźna kolekcja literatury, równiutko poukładana na wysokich półkach. Różnorodne obrazy
w zdobnych, lśniących ramach, Przeróżne przedmioty, prezentujące głównie symbolikę wiary zaczerpniętą
z różnych kultur. Uwagę przykuwały również solidne tkaniny zasłaniające okna. W pierwszym pokoju, pomimo dnia, panował półmrok.

Drugie pomieszczenie wyglądem przypominało nieco… gabinet lekarski. Po lewej stronie stała półka
z książkami, na wprost stolik z dwoma krzesłami. Nad stołem, na ścianie wisiało mnóstwo dyplomów, certyfikatów. Po prawej duże okna zasłonięte ciężką, ciemną kotarą. Obok okien fotel – leżanka. Pan Andrzej otwarł drzwi do drugiego z pokoi. Wskazał gestem dłoni abym weszła do środka. Tomasz miał
w tym czasie oczekiwać na swoją kolej.

Pozostałam w drugim pomieszczeniu sam na sam z hipnoterapeutą.

Mężczyzna zapytał:

– W czym mogę Ci pomóc dziecko? Jakie ty możesz mieć problemy… Spojrzał na mnie nieco pobłażliwie
z uśmiechem.

– No cóż… zaczęłam opowieść – chyba zabrnęłam za daleko próbując pomóc zmarłej koleżance odnaleźć spokój ducha. Teraz mierzę się z codziennymi koszmarami, częstym nieuzasadnionym lękiem, świadomymi snami, OOBE… To główne powody dla których zdecydowałam się pana odwiedzić.

Zaskoczony mężczyzna spojrzał na mnie z lekkim niedowierzaniem. Dopytał jeszcze o kilka wątków
i w końcu stwierdził:

– Dobrze, zaczynajmy zatem.

Poinstruował mnie, że mam stanąć na przeciwko niego. Położył mi rękę na głowie i niczym mantrę zaczął wypowiadać słowa, które miały mnie wprowadzić w stan hipnozy. Wszelkie próby były jednak daremne. Mężczyzna nie poddawał się i pomógł mi, lekko zdezorientowanej zresztą zaistniałą sytuacją usiąść
w zielonym fotelu po prawej stronie gabinetu. 

Zaczął toczyć ze mną dość szczegółową, przedziwną konwersację. Przytoczę tutaj jej część.

Andrzej:

– …Teraz przywołujemy zmarłą – jak miała na imię?

ja:

– Mariola.

Andrzej:

– Widzisz ją? Jest po Twojej prawej stronie…  Sugerował.

ja:

– Nie, nikogo nie dostrzegam. Odparłam.

Andrzej kontynuował cykl dziwacznych pytań:

– Może widzisz któregoś ze swoich przodków?

Ja:

– Nie, nikogo nie widzę… Po czym dodałam:

– Prawdę mówiąc trochę śmieszy mnie to Panie Andrzeju… Oprócz tego, że mam zamknięte oczy i widzę ciemność, nie dostrzegam niczego poza nią…

Minęła chwila czasu, a przynajmniej ja byłam o tym przekonana.

Po seansie wyszłam na zewnątrz budynku, gdzie następny w kolejce czekał mój kolega. Zasłoniłam nieco oczy ręką oślepiona mocnym słońcem. Tomek siedział na drewnianej ławce ledwo znosząc ogromny upał.

Zapytał:

– Co Ty tam robiłaś tyle czasu Gocha???

Zaskoczona odpowiedziałam ze śmiechem patrząc na niego:

– Słucham? Przecież byłam tam z 15 minut!

Tomasz roześmiał się i zarzucił:

– Gośka, nie było cię co najmniej półtorej godziny!

Nastąpiła chwilowa konsternacja, po której odpowiedziałam z ogromnym zaskoczeniem:

 – COOOOO!? To niemożliwe. Pamiętam wszystko, ale dla mnie to jakaś kompletna bzdura Tomek… Zaczęłam swój monolog.

– Ten facet stwierdził, że manipulowałam nim podczas tego seansu i nie byłam podatna na żadne sugestie… Dostałam wizytówkę do jakiegoś domniemanego uzdrowiciela z Kielc. Powiedział mi, że
z takimi zdolnościami mam możliwość nawiązać z nim konkretną współpracę, a poza tym stwierdził, że tylko on będzie w stanie mi pomóc…

Powiedziałam jednym tchem przypatrując się jednocześnie otrzymanej wizytówce.

– W każdym razie… chyba tylko poczucie czasu rzeczywiście nabrało tutaj jakiegoś innego wymiaru… dodałam.

Tomasz spojrzał na mnie i znikł na dłuższą chwilę w tym przedziwnym budynku.

Po wizycie również miał rozmaite refleksje. Postanowiliśmy czym prędzej wrócić do domu.

Kolejnego dnia, już wczesnym rankiem leżałam na łóżku i podpierając głowę łokciem, czytałam informacje zawarte w sieci na temat mężczyzny, do którego otrzymałam kontakt od pana Andrzeja. Usiadłam na łóżku, przepisałam kontakt z wizytówki do komórki i wybrałam numer do mężczyzny o imieniu Maciej.

Zadzwoniłam do niego:

– Dzień dobry, dzwonię do pana z polecenia pana Andrzeja.

Po drugiej stronie słuchawki usłyszałam ciepły głos:

– Witaj Małgosiu. Tak, Czekałem na telefon od Ciebie. Andrzej mnie uprzedził. Myślę, że najlepiej będzie spotkać się osobiście.

– Oooo, miło mi. Odpowiedziałam zaskoczona. Dobry pomysł, pracuję aktualnie w Kielcach więc wybiorę się do pana po pracy. Może w najbliższy piątek około godziny 18?

Maciej odpowiedział:

– Zapraszam serdecznie. W razie trudności z dotarciem na miejsce proszę zadzwoń, pokieruję cię. Często słyszę, że ciężko tutaj trafić.

– Dobrze, dziękuję. Zatem do zobaczenia! Odpowiedziałam.

Nawigacja kilkukrotnie wprowadzała mnie w błąd. W końcu nieco spóźniona dotarłam na miejsce. Zaparkowałam samochód.

Drewnianą furtkę otwarł mi siwy, wysoki, szczupły mężczyzna. Przywitał mnie uściskiem dłoni i zaprosił do środka.

W skrócie opowiedziałam mu swoją historię. Zwróciłam uwagę między innymi na koszmary oraz powracający, nieuzasadniony lęk, który pojawił się od czasu zakończenia wieloletniej historii ze zmarłą koleżanką.

Maciej zadał mi ogrom pytań. Sprawdził nieznanymi mi dotąd technikami umiejętności, które rzekomo według niego posiadałam.

Mężczyzna na chwilkę opuścił pomieszczenie dla gości. Ja w tym momencie bacznie przyglądałam się natomiast półce z książkami i spisałam w notatniku telefonicznym kilka tytułów, które szczególnie przykuły moją uwagę.

Dość często pojawiałam się u tego mężczyzny po pracy. Prowadziliśmy długie konwersacje. Podpatrywałam techniki jego pracy. Maciej tymi właśnie specyficznymi technikami chwilowo, o dziwo – odciął mnie od gnębiących problemów…

Po kilku miesiącach otrzymałam propozycję współpracy z nim. Póki co nie zamierzałam jednak rezygnować z dobrze płatnego kierowniczego stanowiska w swojej branży i grzecznościowo odmówiłam oferty.

Nieustannie jednak pogłębiałam swoją wiedzę dotyczącą bioenergoterapii w domowym zaciszu. Co dzień po pracy czytałam do późnych godzin nocnych ogrom, jak się później okazało, okultystycznej literatury…

Do zagrożeń duchowych, do których niewątpliwie należą dwie powyższe praktyki tj. hipnoza oraz bioenergoterapia ku przestrodze powrócę w skrócie w dalszej części publikacji.

 „Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła.” 1Tes 5,22


NIEBEZPIECZNE MIEJSCE. NIE KROCZ MOJĄ DROGĄ!

Dzień przed kolejną przeprowadzką w swoim życiu sprzątałam pokój, który wynajmowałam przez ostatnie dwa miesiące. Chciałam pozostawić właścicielom miejsce w idealnej czystości. Pakowałam swoje rzeczy, odsunęłam łóżko. Umyłam ręcznie podłogę, kurz z mebli. Zabrałam z łóżka kołdrę, którą zamierzałam wyprać. W tym celu wybrałam się do łazienki na piętrze, w której to znajdowała się pralka.
Trzymając w rękach cieniutką kołdrę ruszyłam klatką schodową w górę. W kuchni znajdującej się przed łazienką napotkałam nieznaną mi kobietę, Monikę.

– Hej! zarzuciłam z uśmiechem przeciskając się z pełnymi rękoma pomiędzy kobietą i dość ciasno ulokowanymi szafkami.

– Małgorzata jestem, przepraszam Cię za to najście. Zdaję sobie sprawę, że komicznie wyglądam z tym zestawem, ale wyprowadzam się dziś i chciałam skorzystać z pralki. Niestety nie ma jej w łazience na dole.

-Hej Małgosiu, ja mam na imię Monika.

Odpowiedziała uśmiechnięta i równie rozbawiona zaistniałą sytuacją kobieta. Może napijesz się ze mną kawy? Zapytała nastawiając wodę.

Gotowała jednocześnie rosół oraz kroiła warzywa na sałatkę.

Nastawiłam pranie i wyszłam z łazienki. Miło zaskoczona nieoczekiwaną propozycją odpowiedziałam:

– Dziękuję Ci bardzo – nie piję kawy, ale herbatkę bardzo chętnie. Pójdę jeszcze tylko dokończyć sprzątanie pokoju, wezmę szybki prysznic i wracam do Ciebie.

Byłam na piętrze ponownie po około 30 minutach. Usiadłam przy blacie i sięgnęłam po przygotowaną herbatę.

Monika pochyliła się do szafki pod zlewem. W tym momencie złapała się prawą ręką za kręgosłup.
Na jej twarzy wymalowało się ogromne cierpienie. Z trudem usiłowała wstać trzymając się blatu.

Przerażona wstałam z krzesła. Podbiegłam do niej i pomogłam jej usiąść.

-Co się dzieje!?
Krzyknęłam zaniepokojona.

Monika odpowiedziała:

– Mam ogromny problem z kręgosłupem Małgosiu, jestem zmuszona brać morfinę. Żyję z tym od dłuższego czasu.

Popadłam w chwilową zadumę po czym powiedziałam:

– Wiesz co, nie wiem czy powinnam o tym mówić, prawie się nie znamy. Aktualnie trochę uczę się technik uzdrawiania. Jakkolwiek to nie brzmi… Ale nigdy nie próbowałam komukolwiek pomóc…

– Małgosia – błagam, spróbuj!
Powiedziała kobieta płacząc. Nie masz nic do stracenia. Mnie już brak nadziei na to, że kiedykolwiek wyzdrowieję.

Znów pogrążyłam się w myśleniu na dłuższą chwilę. Stanęłam pod ścianą i trzymając złożone ręce, obracałam nimi nerwowo. Po kilku chwilach namysłu podeszłam do Moniki.

Przyłożyłam dłonie do chorego miejsca na kręgosłupie kobiety. W myślach wypowiedziałam słowa:
,,Panie Jezu, proszę Cię – ulecz tę kobietę, zabierz od niej ten ból.”

Minęły około dwie minuty.

Zszokowana Monika zauważyła, że może normalnie się poruszać. Zaczęła chodzić po kuchni.

W tym momencie do budynku wróciła jej koleżanka Hania. Stanęła w korytarzu z dwiema siatkami zakupów, które wręcz oniemiała z ledwością postawiła na podłodze.

– Monika!
wykrzyknęła zdumiona kobieta:

– Co się stało, że Ty normalnie chodzisz!?

– Zapytaj tej dziewczyny!
Wykrzyknęła wskazując na mnie palcem.

– Kiedy tylko dotknęła moich pleców poczułam jak gdyby jej dłonie miały pod spodem rozżażony węgiel, żelazko. Po chwili ból ustąpił… Dodała.

Kobiety spojrzały na mnie jednocześnie.

Zmieszana powiedziałam:

– Ja nic nie zrobiłam. Jeśli cokolwiek się stało… to nie moja moc, a Pana Boga… Modliłam się w myślach…

Monika przytuliła mnie z wdzięcznością mówiąc:

-Małgosia, jesteś aniołem…

Jeszcze w tym samym miesiącu postanowiłam uczestniczyć w kursie… bioenergoterapii. Powyższe zdarzenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że skoro mam już tak ,,niebagatelne zdolności” powinnam wykorzystać je w pełni aby pomagać innym. Szkoda tylko, że nie wiedziałam wówczas, że NIE TĘDY DROGA. Prześledźcie jak to wyglądało.

Około tygodnia od opisanej powyżej sytuacji byłam już w okolicach Warszawy.

Wspólnie z chłopakiem pojechaliśmy na miejsce. Naszym oczom ukazał się niepozorny obiekt szkoleniowy. Oboje byliśmy nieco zaskoczeni lokalizacją budynku.
W lekkim stresie zabrałam podręczną torbę i pożegnałam się z Jackiem.

Chwilkę stałam przed bramą i nie wiedzieć czemu – wahałam się czy w ogóle wejść do obiektu.

Ruszyłam przed siebie. Po wejściu przywitałam się z właścicielami. Grzegorzem oraz Joanną. Zostałam poproszona o zajęcie jednego z pokoi na piętrze i pozostawieniu tam rzeczy.

Rzuciłam okiem na wnętrze. Po lewej stronie znajdowała się skromna, dość duża sala z typowym wyposażeniem sprzętów dla tego rodzaju placówek. Między innymi leżanki, maty, krzesła, projektor.

Na ścianach umieszczono tablice o metafizycznej tematyce, certyfikaty poświadczające poszczególne stopnie kursów otrzymanych przez właścicieli placówki. Na piętrze z kolei znajdowały się skromne pokoje dla gości. Wyposażone w łóżka i szafki nocne. Położyłam torbę na jednym z nich. Do pokoju weszły po chwili kolejne kobiety, Joanna oraz Katarzyna. Zajęły dwa pozostałe łóżka. Przywitałam się ze współlokatorkami. Wdałyśmy się w dyskusję i opowiadałyśmy pomiędzy sobą głównie o motywach, dla których to znalazłyśmy się w owym miejscu.

W tym czasie prowadzący zajęcia Grzegorz wraz z żoną Joanną przygotowywali się do rozpoczęcia warsztatów. Mężczyzna poprosił grupę o zajęcie miejsc siedzących. Na sali wraz z prowadzącymi znalazło się około 12 osób. Zajęłam miejsce w pierwszym rzędzie tuż przy lewej ścianie.

Prowadzący zajęcia stanął w lewej części sali naprzeciw uczestników i namalował flamastrem na plastikowej tablicy karykaturę człowieka. Coś na wzór koła obrazującego głowę oraz kresek przypominających tułów, ręce oraz nogi. Następnie zwrócił się do zgromadzonych z sugestią:

– Bardzo proszę każdego z państwa o krótkie przedstawienie się i opowiedzenie co was tutaj sprowadza.

Z racji zajętego miejsca musiałam wypowiedzieć się jako pierwsza.

Powiedziałam więc:

– Witam państwa prowadzących oraz wszystkich uczestników szkolenia. Nazywam się Małgorzata (nazwisko). Zawsze chciałam pomagać ludziom. Myślę, że trafiłam do miejsca, które pozwoli mi w pełni rozwinąć posiadane umiejętności.

Grzegorz zapytał:

– Czy odbywałaś już jakieś kursy?

Odpowiedziałam:

– Mogę powiedzieć, że posiadam sporą wiedzę w tym zakresie. Edukowałam się na własną rękę. Wiele technik zaczerpnęłam również z wiedzy pana Macieja (nazwisko) z Kielc.

Grzegorz dopytywał:

– Jakieś osiągnięcia?

Znów odpowiedziałam:

-Tak, jedno. Udało mi się przypadkiem uzdrowić prawdopodobnie z zespołu Barlowa pewną kobietę.

Grzegorz był dociekliwy. Znów zapytał:

– Jaką mocą tego dokonałaś?

– Na pewno nie własną. Odparłam. Mocą Pana Boga. Dodałam.

Mężczyzna zaczął się ironicznie śmiać. Ten głośny, przerażający śmiech rozpłynął się po całej sali szkoleniowej… Odwrócił się na chwilę i nad głową postaci na tablicy dorysował trójkąt. Na każdym z jego ramion zaznaczył skrupulatnie dwie kreski.

Nie wiedziałam jak się zachować, miałam bardzo złe przeczucia. Na twarzach niektórych z uczestników kursu również dostrzegłam przerażenie.

– Moc, którą posiadacie jest mocą lucyferyczną!

Powiedział doniośle Grzegorz obejmując wolnym wzrokiem wszystkich zgromadzonych na sali.

– Lucyfer oznacza – niosący światło! Dodał z uśmiechem.

Boże… gdzie ja jestem…
Pomyślałam przerażona ze łzami w oczach.

,,Nie będziesz miał Bogów cudzych przede Mną!” (Księga Wyjścia)


O ZNAJOMOŚCI Z ,,CZYŚĆCA” W DOCZESNOŚCI SŁÓW KILKA.

Kompletnie wycieńczona ciągłymi ,,nadzwyczajnymi” zjawiskami w moim życiu postanowiłam, nie po raz pierwszy i ostatni zresztą, definitywnie przerwać ich ciąg. Jak się później okazało, ta decyzja stanowiła tylko preludium kolejnych, czekających na mnie zdarzeń.

Jak wspomniałam w którymś z rozdziałów – będę nieco odbiegać od chronologii zdarzeń, a niektórych
z nich celowo nie określę w czasie.

W dniu 20.01.2018 roku umieściłam w grupie o wymownej nazwie: ,,Czyściec” na jednym z portali społecznościowych obszerny wpis.

Miałam nadzieję na uzyskanie tam jakiejkolwiek pomocy:

,,Kochani – piszę z takim zapytaniem. Być może kogoś dotykają podobne historie. Poszukuję osoby, z którą mogłabym o tym porozmawiać. Od dziecka byłam bardzo uduchowioną osobą. Nie chodzi o religię, ale naprawdę świadomą wiarę w Boga oraz życie po śmierci. Od wczesnego dzieciństwa w moim życiu pojawiały się dziwne, niewytłumaczalne zjawiska typu: odwiedziny zmarłych w świecie sennym,  wybitnie trafna intuicja, świadome sny. W ostatnim czasie praktycznie każdej nocy OOBE. Nie ćwiczę tych niewątpliwie niestandardowych umiejętności, a odnoszę wrażenie, że te dziwne zdolności pogłębiają się z każdym rokiem mojego życia. Jestem numerologiczną 9 i wiem, że poniekąd te zdolności są wpisane w drogę życia takich osób, jednakże zaczyna być  to dla mnie naprawdę męczące. Czy istnieje jakaś metoda, która pozwoliłaby zatrzymać proces tego – nie wiem jak trafnie określić – ,,rozwoju duchowego”?”

Pod wpisem po chwili zaczęło pojawiać się mnóstwo wypowiedzi, porad. Szczególną uwagę, nie wiedzieć czemu, zwróciłam wówczas na jedną z nich. Pod nazwą ,,A. B.” oraz ciekawym Awatarem maleńkich kotków leżących na fioletowym kocyku, ktoś napisał:

– Hmm, też jestem 9 i mam pewne dary. Dopiero niedawno nauczyłam się je wykorzystywać prawidłowo. Długo błądziłam, biłam się z myślami. No i w końcu ułożyłam to sobie tak, że teraz ja i moje dary to jedność.

Dość zaintrygowana odpisałam pod wypowiedzią:

– A. (Imię) Czy możesz opowiedzieć coś więcej? Chętnie posłucham.

A. B: – Wiesz, może nie tu. Choć bym chciała, ale wolę by nikt nie wiedział. Bo ludzie różnie reagują.

Zaciekawiona zaproponowałam więc rozmowę prywatną pisząc:

– A. – jeśli masz ochotę zapraszam na priv.

Tego dnia wymieniłyśmy się w prywatnej rozmowie numerami telefonów.

Konwersacja trwała dość długo. Okazało się, że nowo poznana koleżanka pomimo uwikłania
w okultyzm (przykładowo numerologia) ; o którym również nie miała dotychczas pojęcia, jest niesamowicie wierzącą osobą.

Pomimo dzielącej nas 8 letniej różnicy wieku z czasem rozpoczęła się czasem jak to w życiu bywa – również burzliwa, ale bardzo wartościowa znajomość.

Dziś, po kilku latach tej, mogłabym określić: ,,drogi nawrócenia” (ten proces trwa całe życie!) wiem, że to wydarzenie miało spory wpływ na odbiór otaczającej mnie rzeczywistości i spotykających mnie wydarzeń. Przewartościowanie wielu aspektów.

Pomimo aktualnego braku kontaktu ze wspomnianą osobą…
A. – wiedz, że szczerze życzę Ci wyłącznie Bożego Błogosławieństwa. Reszta układa się sama kiedy Pan Bóg jest na pierwszym miejscu. Ale o tym doskonale wiesz.

To nie ludzie oddalają się od siebie. Zło skutecznie dzieli ich drogi. MJ


NIEUSTANNIE OBECNA

I znów przenieśmy się na chwilkę do roku 2018. Listopad.

Zmęczona pracą dość wcześnie wracam do mieszkania, które to za chwilkę znów miałam opuścić. Zamierzałam wówczas udać się z wizytą do przyjaciółki. Siostry zmarłej Marioli. Zapraszała mnie już dłuższy czas i wiedziałam, że przyjechała odwiedzić rodziców w swojej rodzinnej miejscowości nieopodal miasta.

Usiadłam na szarym, miękkim, włochatym dywanie. Spojrzałam na urokliwy horyzont rozpościerający się za balustradą czwartego piętra. Zwróciłam oczy ku niebu. Natchniona nagłą weną sięgnęłam po notes pisząc wówczas słowa:

Patrzę w ten bezkres i wiem, że nie ma nic ponad to… Jak szybko kończy się dzień, tak szybko nikniemy
i my. Ogromna odwaga bycia człowiekiem znajduje swój kres tam, gdzie umysł ludzki nie ma już wstępu.

Nam tak bardzo często ,,wydaje się”. Jesteśmy przekonani, że mamy jeszcze czas, możliwości, siłę. Wydaje nam się, że absolutnie nic nas nie pokona.

Przecież pozornie wszystko co najgorsze nie zdarza się nam, a komuś obok.

Poszukując wówczas w książce telefonicznej kontaktu do przyjaciółki celem dogrania konkretnej godziny spotkania, moją uwagę przykuł inny numer. Popadłam w chwilową zadumę.

Ten człowiek już nigdy nie odbierze ode mnie telefonu…

Zdałam sobie wówczas sprawę z tego jak wiele osób nie ma już pośród nas.

Często jeszcze pamiętamy ich śmiech, styl bycia, zapach perfum, niejednokrotnie jakiś szczegół
z ich życia, który wyjątkowo utkwił nam w pamięci.

Ocknęłam się szybko z tego głębokiego zamyślenia. Wzięłam szybki prysznic, ubrałam się
i wyszłam z domu.

Dotarłam do domu dziewczyn. Przywitałam się z ich mamą oraz Marzeną.

Wspólnie zjedliśmy pyszne pierogi przygotowane przez panią Krysię. Rozmowom jak zwykle nie było końca.

Następnie przyniosłyśmy się z Marzeną do jej małego pokoiku na piętrze. Wiążę z tym miejscem wiele przemiłych wspomnień z dzieciństwa.

Tego dnia ,,wędrowałyśmy” pomiędzy pokojem Marzeny, a… zmarłej Marioli. Oglądałam jej fotografie. Osobiste przedmioty… Z oczu mimowolnie płynęły mi łzy. Pokój wyglądał zupełnie tak jak 10 lat temu.
W pozornym ,,oczekiwaniu” na właścicielkę tego ziemskiego, nastoletniego królestwa. Na kogoś, kto jednak nigdy już tam nie wróci…

Chcąc nie chcąc musimy zdać sobie sprawę z tego, że i my znajdziemy się po tej: ,,drugiej stronie”.

Ten temat rozwinę mocniej w kolejnych rozdziałach.

Powróciłyśmy do pokoju Marzeny. Postanowiłam na chwilkę opuścić pomieszczenie i udałam się do łazienki na parterze.

Wracałam już z powrotem do góry.

Mijając klatkę schodową w domu przyjaciółki poczułam dziwny impuls. Coś na wzór ,,obecności” zmarłej
i tego przedziwnego uczucia ogarniającej mnie wszechobecnej, miłości. Na chwilkę stanęłam w miejscu
i powiedziałam szeptem… ,,Mariola jeśli to naprawdę ty, daj jakikolwiek znak…” 

Weszłam do pokoju. Marzena siedziała na kanapie z podkulonymi nogami. Nieco przerażona powiedziała:

– Odnoszę wrażenie, że jest tu ktoś poza nami…

– Jest. Odpowiedziałam pewna siebie.

– Twoja zmarła siostra.

Marzena z niedowierzaniem spojrzała najpierw na mnie, a momentalnie na znajdujący się za nią parapet. Niewyjaśniona siła powolutku zsunęła z niego moją szklankę, wylewając całą jej zawartość na okrągły dywanik.

Obie spojrzałyśmy na siebie w wymownym milczeniu…

„Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny”. Ew. Jana 3:16


WYPADEK – PRZYPADEK?

Znów nie bez powodu cofniemy się w czasie. 28 stycznia 2014.

Mroźny styczniowy dzień. Teoretycznie zaczął się podobnie jak każdy inny, zakończył jednak kompletnie inaczej. Nie bez powodu nad wyraz niemal doskonale go zapamiętałam.

Jak okazało się po latach, był to pierwszy, aczkolwiek nie ostatni z dni, któremu moje życie napisało podobny scenariusz.

Wspólnie z tatą spędzamy czas w pracy. Jak zwykle prowadzimy długie dyskusje pomiędzy pojawiającymi się tam kontrahentami oraz wypełnianiem ogromnej ilości dokumentów.

Jeden z naszych stałych ,,rytuałów”. Na hasło: ,,Gosia, co jemy?”. Po krótkiej ,,naradzie” tata udaje się do pobliskiego marketu. Następnie w jednym z wynajmowanych wówczas lokali przygotowuje coś na drugie śniadanie. Przeważnie były to kanapki. Zawsze tak samo pyszne.
I nie miało najmniejszego znaczenia to, czy jedliśmy akurat szynkę, pasztet czy też jakiś: ,,szczeciński przysmak”. Gorąca herbata cudownie dopełniała chwilę, którą czasem tak ciężko było wygospodarować
w miejscu pracy na posiłek.

Spędzaliśmy w biurze mnóstwo czasu. W zasadzie moje ówczesne życie, chyba niezmienne jak do dziś dnia kręciło i nadal kręci się wokół pracy zawodowej. Jeszcze nie pozwoliło mi do końca połączyć jej z pasjami i nie wiadomo czy w ogóle pozwoli.

Dotarłam już do domu ówczesnego chłopaka. Dochodziła godzina 16.30. Zjadłam coś na szybkości
i zerknęłam w grafik. Jeszcze jedno spotkanie branżowe i mogę w końcu odpocząć.

Wtem z przystanku autobusowego dzwoni zmarznięty tata:

– Gosia, odjechał mi bus, spoźniłem się… Dziecko, zawieź mnie do domu. Nie chce mi się czekać na kolejny.

W tym momencie poczułam coś bardzo niepokojącego. Znów to nieuzasadnione uczucie, że na pewno wydarzy się coś złego.

Wiedziałam tylko tyle – tego dnia w ogóle nie powinnam ponownie wsiąść za kierownicę.

Zapytałam więc Łukasza:

– Mam jeszcze jedno spotkanie. Możesz zawieźć Włodka do domu? Mam złe przeczucia… (Rodzice mieszkają ok. 10 km od miasta.)

Majsterkował coś w garażu i odpowiedział, troszkę mnie zbywając:

– Te twoje przeczucia… Jedź.

Ponownie zapytałam:

– Proszę, zawieź tatę na wieś. Nie zdążę na spotkanie firmowe. Przekładam je już po raz kolejny…

Chłopak był nieugięty:

– Jestem zajęty, jedź. Nic ci się nie stanie.

Smutna uparcie nalegałam:

– Przecież zajmie Ci to tylko chwilkę…

– Przesadzasz Kochanie. Usłyszałam dosadną odpowiedź.

Zmierzałam już do wyjścia, ale nie omieszkałam zapytać go po raz czwarty:

– Jesteś pewien? Zarzuciłam kompletnie zrezygnowana wewnętrznie.

– Tak, jedź. Nie dobieraj sobie nic do głowy. Skwitował Łukasz.

Wyszłam więc z domu i wsiadłam do samochodu. Odebrałam tatę z przystanku i odwiozłam go na miejsce. Z pośpiechu nawet nie wchodziłam do rodzinnego domu. Ruszyłam ponownie w trasę.

Zjeżdżałam z dość stromego wzniesienia kiedy na swoim pasie ujrzałam dwóch chłopców idących nieprawidłową stroną jezdni. Zareagowałam bardzo szybko. Jednak chcąc ich ominąć wpadłam w poślizg. Niestety nie udało mi się wyprowadzić z niego ciężkiego, ważącego ponad 1,5 tony samochodu. Próbowałam sprowadzić go na proste tory, jednak mknęłam od boku do boku chyba 7 krotnie. Kiedy auto rozpędzało się coraz mocniej (droga była kompletnie oblodzona) zauważyłam w odległości około 100 metrów światła innego pojazdu. Spanikowałam i wcisnęłam hamulec…

Auto obróciło się gwałtownie w miejscu i rozbiło w pobliskim rowie.

Zapadający niczym gęsta mgła zmrok rozświetliły w przeciągu chwili niebieskie światła karetki pogotowia ratunkowego oraz policyjnego radiowozu. Nieopodal zatrzymało się kilkanaście pojazdów.

To wszystko działo się tak szybko… Jak film przewijany w zwolnionym tempie oraz moje odczucie, że chyba nie wydarzyło się naprawdę, a ja patrzę na wszystko ,,oczyma widza”.

Do dziś nie wiem kim był mężczyzna, który pojawił się na miejscu zdarzenia jako pierwszy. Patrząc na mój rozbity, leżący w przydrożnym rowie samochód chwycił mnie za rękę. Widząc jednocześnie jak trzęsę się
z zimna zaprowadził mnie do swojego rozgrzanego auta i prosił abym poczekała na przyjazd karetki wspólnie z nim.

Dopytywał o coś, a ja kompletnie nie pamiętam chociażby słowa z tej rozmowy…

Byłam w takim szoku, że nawet nie czułam bólu. Zostałam przetransportowana karetką do pobliskiego szpitala.

Rozpoznanie: Uraz skrętny kręgosłupa szyjnego, ogniskowe stłuczenie lewego płata skroniowego mózgu. Badanie TK: W płacie skroniowym lewym słabo odgraniczone ognisko hypodensyjne ok. 13mm mogące odpowiadać stłuczeniu, w sąsiedztwie ognisko hyperdensyjne 6,5 mm – najpewniej krwotoczne.

Leżałam na szpitalnym łóżku obleczona sztywnym, niesamowicie nieprzyjemnym gorsetem zastanawiając się w duchu: ,,co u licha tak naprawdę się wydarzyło”?.

Nagle w drzwiach szpitalnej sali dostrzegłam siostrę oraz jej męża, który trzymał na rękach synka Maksymiliana.

Zaskoczona zapytałam:

– Zaraz, a co wy tutaj robicie?

Kasia spojrzała na mnie przerażona i ze łzami w oczach odpowiedziała:

– Gosia… dzwoniłaś do mnie. Mówiłaś, że nie chcesz żeby rodzice wiedzieli…

Chwila konsternacji.

– Poważnie dzwoniłam do Ciebie? Zapytałam.

– Kompletnie nie pamiętam co działo się przez ostatnie dwie godziny… Faktycznie podałam Twój numer kontaktowy przed przyjęciem na salę. Odpowiedziałam po chwili namysłu.

Po latach od tego wydarzenia większość pomyślałaby – zwykły przypadek. Niestety nie. To nie jedyny wypadek, który zdarzył się w moim życiu. O skłonności do ich ulegania i tym jakie ,,diagnozy” słyszałam
w przeciągu kilku lat opowiem w telegraficznym skrócie. Wątek ten jest bardzo istotny. Sedno tego stanu rzeczy rozwinę w ostatnich rozdziałach. Mam nadzieję, że pomoże wielu osobom.

Pamiętacie zapewne poważny wypadek mojej babci? Wydarzył się niemalże w tym samym miejscu,
w którym zginęła Mariola. To również żaden ,,przypadek”.

Gdyby nie ufność w to, co do której po latach nie miałam już wątpliwości, że coś naprawdę jest na rzeczy… Miałam mnóstwo szczęścia, opieki Samego Pana Boga. W którego istnienie jak i w przypadku życia wiecznego. Ja znów nie napiszę, że wierzę – ja po prostu WIEM, że istnieje.

Gdyby nie ten fakt z pewnością po prostu po ludzku poddałabym się w procesie poszukiwania spokoju ducha i rozwiązywania wszelkiego rodzaju mniejszych i większych problemów… Otaczające mnie jednoczenie – pomimo ich ,,dziwactw” przeróżnego rodzaju nazwijmy to ,,zjawiska” zapewne stałaby się już moją normalnością. Może i przestałabym zwracać na nie uwagę gdyby nie ich okropna uciążliwość.

W oczach wielu lekarzy byłam po prostu… martwa. Bo tak drastycznie od roku 2018 przedstawiały się moje wyniki badań. Po przejściu zapalenia płuc, którego kompletnie nie byłam świadoma, miałam powikłanie w postaci zapalenia na worku osierdziowym. Od tego czasu do początku roku 2021 moja immunochemia zadziwiała lekarzy. Postawiono na mnie przysłowiowy ,,krzyżyk”. ,,Przypadkowe” wizyty
w szpitalu, 4 poważne wypadki (w tym 3 komunikacyjne) Niektóre z lekarskich diagnoz brzmiały jak ,,wyrok”. Czerwienica prawdziwa, szpiczak mnogi, podejrzenie raka jajnika, guza na nadnerczach. Mogłabym mnożyć bez końca… Nikt nie chciał mi wierzyć. Nikt – poza osobami, które zawsze były i są obok. Były często świadkami tego co mówili lekarze uczestnicząc w owych wizytach ze mną.

Miałam już dość tłumaczenia się, że to wszystko nie jest moim wymysłem. Karty medyczne mówiły przecież same za siebie. Przestałam wspominać o wielu aspektach. Celowo pomijałam je nawet
w rozmowach z najbliższymi osobami…

Bez względu na to ile masz lat. Jutro nie jest Ci przypisane. A i dziś nie jest pewne… MJ

„Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć. 1P 5,8


ANIA

Osoba, której niestety fizycznie nie ma już pośród nas. Najbliższa przyjaciółka mojej mamy.

Jej imienniczka. Wspaniała kobieta. Tak kurczowo trzymała się życia. Walczyła do samego końca. Wierzyła, że będzie lepiej… Pisząc te słowa płaczę… Przypomniałam sobie między innymi to, jak bardzo chciała przeczytać moją kolejną książkę.

To jednak nie moja niechęć, a między innymi kilkukrotny zakaz pisania był powodem tak długiego ,,zwlekania” z publikacją kolejnej części. Nie chciałam praktycznie nikomu o tym mówić. Czekałam na odpowiedni czas. Powoli traciłam jednocześnie nadzieję, że te treści w ogóle kiedykolwiek ujrzą światło dzienne.

Wyjaśnię Wam co złożyło się na zakaz pisarstwa w kolejnych rozdziałach.

Wracając do Ani. Tak bardzo interesował ją: ,,tamten świat”.

Był marzec 2017 roku.

30 urodziny przyjaciela mojego faceta. Tego dnia pogoda była nadzwyczaj piękna. Otwarte skrzydło drzwi balkonowych pozwalało poczuć wiosenną aurę. Jacek i ja siedzimy na łóżku. Jack standardowo ogląda wiadomości, a ja jestem pochłonięta czytaniem dość specyficznej lektury, której tytułu celowo nie będę przytaczać. Oby te książki nie wpadły już w niczyje ręce…

Nagle odczułam niesamowite zimno. Odezwałam się do partnera:

– Jacek… Zimno mi…

– Zamknąć balkon? Zapytał Jack.

– …Kochanie, boję się…

– Czego się boisz??? Spojrzał na mnie zdumiony.

– Ona tu jest………

– Kto? O czym ty mówisz???

Jacek zerwał się na równe nogi z niepokojem obserwując co się ze mną dzieje.

– Ania……..

Odpowiedziałam. Osuwając się na łóżko i całkowicie zachowując świadomość wszystkiego co dzieje się wokół. Leżąc odczuwałam wszystkie emocje zmarłej kobiety. Żal z powodu zbyt wczesnej śmierci. Rozpacz nad wieloma pozostawionymi i niedokończonymi sprawami. Tęsknotę za rodziną, zwłaszcza za trójką synów. Ciężko to wytłumaczyć, ale byłam całkowicie świadoma tego co się dzieje, jednak z każdą chwilą zaczęłam tracić fizyczne siły. Pomyślałam wówczas:

– Aniu, jeśli to naprawdę Ty wykorzystaj jeszcze przez moment ten czas, bo dłużej nie jestem tego
w stanie znieść.

Po dłuższej chwili, resztką sił wskazałam Jackowi mój telefon. Trzymał go w ręce, a ja próbowałam nieudolnie wybrać numer pani Stanisławy (Kobiecie poświęciłam dość obszerny opis w pierwszej publikacji. Niestety owa pani również była uwikłana w bioenergoterapię).
Jacek wybrał numer kontaktowy. Stenia odebrała niemalże natychmiast.

– Co potrzebujesz Małgosiu? Zapytała.

Ja, ledwo mogąc cokolwiek powiedzieć zdołałam szepnąć tylko jedno słowo:

– Pomocy!

Ona odpowiedziała:

– A, już widzę. Jakaś kobietka przybłąkała się do Ciebie. Za chwilkę ją odprowadzę.

Leżałam jeszcze przez chwilkę i powoli zaczęłam odzyskiwać siły.

Usiadłam na łóżku, wzięłam do ręki telefon.

– Dziękuję za pomoc pani Steniu…

Kobieta odpowiedziała:

– Ależ proszę dziecko.

Jacek przyglądał się całej tej przedziwnej ,,akcji”. Stał obok łóżka lekko oszołomiony i jedną ręką trzymał się za głowę.

Około dwóch tygodni po tym wydarzeniu Ania przyśniła mi się… przepraszając za zaistniałą sytuację. Twierdziła, że tylko do mnie mogła przyjść. Tego nie rozumiem po dziś dzień.

Wspomniała natomiast w owym śnie, że w nadchodzącą niedzielę… odwiedzi moją mamę. Kiedy to nadeszła wspomniana niedziela, pojechałam jak zwykle do rodziców. Opowiedziałam mamie, że jej koleżanka ma dziś czas i z pewnością ją odwiedzi. Trochę żartobliwie odsunęłam wówczas jedno z krzeseł przy kuchennym stole niejako zapraszając zmarłą do towarzystwa. Świadkami tej sytuacji byli mama, siostra oraz brat.

Nie pamiętam już co tego dnia było powodem mojego szybkiego powrotu do domu. Zapewne mus wypełnienia korporacyjnych tabelek. Jednak kiedy ja wyszłam, pozostali członkowie rodziny,
a zwłaszcza mama, potwierdzili, że jej zmarła przyjaciółka była tego dnia w moim rodzinnym domu.

W pewnym momencie dał się słyszeć ogromny huk dochodzący z klatki schodowej. Przerażona siostra była przekonana, że ze stromych stopni schodów spadł jej syn Maksymilian. Na klatce jednak nikogo nie było. Mama w tym dziwnym ,,hałasie” rozpoznała świętej pamięci Anię, która to wiecznie pędząc gubiła torebkę, a jej buty na wysokich obcasach wydawały specyficzny ,,stukot”…

Bo kiedy dzień potrafi ranić, gdy noc zamyka umarłym oczy…

Gaśnie sens żywota – tych walecznych, ludzkich istnień,

które nadal trwają, w cieniu swej

ROZPACZY. MJ


ZŁO W PIĘKNEJ OKŁADCE

Krótki czas po tym przedziwnym wydarzeniu podjęłam dość radykalną decyzję. Postanowiłam pozbyć się z mieszkania wszystkiego, co stanowiło dla mnie chociażby sentymentalną wartość, ale i jednocześnie realne zagrożenie duchowe z którego chyba powoli zaczęłam zdawać sobie sprawę.

Nim jednak zabrałam się do działania usiadłam na łóżku i myślałam nad zasadnością kłótni, która wywiązała się pomiędzy mną, a siostrą kilka dni wcześniej.

Sytuacja miała miejsce podczas powrotu z korporacji w Kielcach, gdzie wspólnie wówczas pracowałyśmy.

Czułam się kompletnie wycieńczona i zaproponowałam siostrze, że może dobrze byłoby wstąpić do pana Macieja. Miałyśmy do niego naprawdę blisko zważywszy na fakt, iż mijałyśmy już ostatnie skrzyżowanie ze światłami. Miałam za sobą kolejną nieprzespaną noc wypełnioną koszmarami. Zaproponowałam więc:

– Kasiu, a może skoczymy na chwilkę do Macieja? Mega źle się czuję. Znów nie mogłam dziś spać. Mam dość tych dziwnych snów i ciągłych problemów…

Siostra odpowiedziała po chwili zamyślenia:

– Posłuchaj… zaczęłam ostatnio sporo czytać na temat tej całej bioenergoterapii. Gosia, to nie jest bezpieczne…

Spojrzałam na nią zaskoczona, chociaż po kursie w okolicach Warszawy powinnam pozbyć się wszelkich wątpliwości co do tego, że Kasia na pewno ma rację…

– Co masz na myśli? Zapytałam.

– Powiem wprost – jej głos przybrał bardzo poważny ton,

– Przeraża mnie to wszystko. Skończ z tym natychmiast. Inaczej będę zmuszona zerwać z tobą kontakt.

Przerażona tymi słowami zatrzymałam pojazd przed skrzyżowaniem ze światłami i patrząc na siostrę ze łzami w oczach omal krzyknęłam:

– Kasia… to jedyna rzecz, która mi pomaga…!

Siostra wybuchła:

– Nie rozumiesz, że to jest bardzo niebezpieczne!? Te wszystkie koszmary i inne nieszczęścia masz właśnie przez to, że ten facet tobą manipuluje!

Zamilkłam. Po policzkach płynęły mi łzy. Przed oczyma niczym film, klatka po klatce zaczęły wracać wspomnienia. Cytaty z literatury, którą czytałam do późnych godzin nocnych. Wiele sytuacji z grudniowego kursu w okolicach Warszawy, fatalne w skutkach medytacje, których byłam uczona przez wspomnianego Macieja… Wszystko zaczęło łączyć się w logiczną układankę. ,,Uwolnienie się” jednak od tego człowieka wbrew pozorom nie było proste, ale o tym przekonałam się jakiś czas później.

Zeszłam natychmiast z łóżka i zaczęłam pakować do kartonowego pudła wszystko, co w mojej opinii mogło rzutować zarówno na fatalne samopoczucie jak i wiele innych życiowych aspektów, które po ludzku legły w gruzach.

W pudełku lądowały książki. Nowiutkie, bardzo drogie egzemplarze całych serii. Nie wszystkie zdążyłam przeczytać. Wahadełko, figurki… Dosłownie wszystko, co wydawało mi się złe. Byłam mocno przekonana, że pozbycie się tych przedmiotów przywróci normalny stan rzeczy.
W jakże wielkim błędzie byłam, prawdziwe piekło dopiero miało się rozpętać…

Wzięłam wielki pakunek w obie ręce, zaniosłam go do bagażnika i pomknęłam do rodziców. Po kilkunastu minutach byłam na miejscu. Weszłam z ogromnym pudłem do rodzinnego domu i z ledwością postawiłam je na kuchennym stole.

Zarzuciłam na powitanie:

– Hej Mamuś! Przywiozłam trochę rzeczy, które trzeba by… spalić.

Zaskoczona mama stała przy kuchni indukcyjnej i patrzyła z zaciekawieniem co też takiego przywiozłam do domu. Wytarła ręce w czystą ściereczkę i zaczęła oglądać przedmioty. Wyjęła jedną z książek.

– A co ty mi tu przywiozłaś dziecko? Takie piękne, zadbane książki… A nie lepiej je sprzedać? Pytała wyjmując z pudełka kolejną porcję literatury.

– Nie. Odpowiedziałam

– Nie będę tego zła siać dalej… Możesz to jak najszybciej spalić?

Mama zapytała:

– Że teraz??? Może najpierw zrobię Ci herbatkę?

– Okej. Przytaknęłam głową. Możesz zrobić, ale wrzuć proszę to wszystko do pieca, najlepiej natychmiast. I bardzo cię proszę bądź przy tym ostrożna.

Usiadłam przy stole, a mama postawiła przede mną kubek z gorącą herbatą.

– Hmm… No dobrze, powiedziała zabierając kilka egzemplarzy praktycznie nowiutkich książek. – Wezmę je do kotłowni.

Mama zniknęła na zewnątrz budynku.
Ja w tym czasie piłam herbatę patrząc w martwy punkt na ścianie.

Minęło kilka minut kiedy roztrzęsiona mama praktycznie wbiegła ponownie do kuchni. Z podbródka płynęła jej krew.

Z przerażenia aż stanęłam na równe nogi.

– Mamo, co się stało!?

Roztrzęsiona mama odpowiedziała:

– Gosiu nie wiem co to jest, chyba jakieś istne zło. Jedna z książek dosłownie wypadła z pieca centralnego raniąc mi brodę…

Trzymałam w ręku kubek z gorącą herbatą. Patrzyłam z przerażeniem na mamę, a moje oczy wypełniły się łzami.


ZŁA NIE ZAPIJESZ , NI TABLETKĄ NIE ZABIJESZ

Kolejne rozdziały książki przedstawią ciąg wydarzeń jakie trwały w moim życiu przez kilka dobrych lat.
Był to naprawdę okrutnie trudny czas.

Przytoczę w owych treściach oryginalne wiadomości ; wysyłane w różne ,,rewiry” (w których to poszukiwałam pomocy).

,,Wytnę” wyłącznie to, co sama uznałam za zbyt drastyczne i osobiste do opublikowania, a o czym jednocześnie wie nieliczne grono najbliższych mi osób.

Zacznę od bardzo istotnego motywu. 
Usłyszałam kiedyś od bliskiej osoby o: ,,modlitwie nie do odparcia” , zwaną: ,,Nowenną Pompejańską”.

Zgłębiłam się w szczegóły i postanowiłam podjąć trud odmówienia jej. 
Nie z ogromnej wiary, bo owej wciąż mam deficyt. Jednak pomimo swego rodzaju piekła na ziemi nigdy nie przestałam wierzyć Panu Bogu, że jednak o mnie nie zapomniał…

54 dni – dokładnie tyle trwała w/w modlitwa. Należało podczas niej w wolnej chwili odmawiać
o bagatela – 3 części różańca dziennie. Stanowiły dla mnie nie lada wyczyn. Dodałabym – była to wręcz prawdziwa gehenna… 

Tak odczuwam to po latach. Wszelkie możliwe rozproszenia: nagła praca po godzinach , ciągłe telefony, problemy w życiu prywatnym. Czasem wręcz zdarzało mi się zasnąć z przemęczenia. Musiałam zaczynać modlitwę od nowa.

Dziś myślę, że naprawdę cudem było to, że w ogóle zdołałam ją dokończyć.

Być może Odbiorców tej publikacji nieco zbulwersuje intencja jaką obrałam podejmując się tego nie lada wyzwania. Ta brzmiała bowiem dosłownie: ,,Co się do cholery dzieje”?

Holistyczne spojrzenie na moje życie przypominało bowiem konkretny dramat. 

Zawsze domniemałam, że Pan Bóg z całą pewnością musi mieć ogromne poczucie humoru. Nie myliłam się… Niemalże natychmiast otrzymałam odpowiedź na złożoną intencję.

I tutaj zaznaczę – nie chciałbym nikogo ,,reklamować” w tej publikacji. Ludzie zasługują na odpoczynek oraz anonimowość. Niektórzy zdążyli ukryć się pod nickami.

Gdybym mogła cofnąć czas zapewne zrobiłabym to samo.

Dojrzałam jednak do tego, aby owszem – chronić anonimowość, ale jednocześnie nie odczuwać dyskomfortu z powodu sytuacji jakie przeszłam w życiu. Nie jestem jedyną osobą, która uwikłała się
w podobne niebezpieczeństwa. Chociaż… podobno nie otrzymujemy więcej niż możemy udźwignąć.

Dodam – mając przy sobie Pana Boga, albo nie zapominając, że On jest z nami zawsze.

Czytelnicy pierwszej publikacji doskonale wiedzieli, że jest oparta na prawdziwej historii. Nie chciałam zatem zacząć się ukrywać. Chociaż i tak bardzo często znikałam i znikam z miasta w poszukiwaniu wspomnianej anonimowości.

Jej brak był wynikiem połączenia pracy zawodowej, pasji oraz działalności charytatywnej.
O powyższym również wspomnę w niniejszej książce. Stanowi bowiem kolejny z elementów, które blokowały mnie w pewien sposób przed publikowaniem czegokolwiek.

Druga część także stanowi opis prawdziwych zdarzeń. Bardzo długi czas jej powstania – jakkolwiek to brzmi – nie leżał już jednak w moich rękach… Co zresztą leży w naszych rękach należałoby zapytać uprzednio.

Ale do sedna. Po odmówieniu wspomnianej modlitwy trafiłam ,,przypadkiem” na wypowiedź pewnego kapłana. To było ponad godzinne kazanie na międzynarodowej platformie YT. Jeśli dobrze pamiętam nosiło nazwę: ,,Dziewczynka rozmawia z Jezusem”.
To co usłyszałam, mocno mną wstrząsnęło. Nie wiem dlaczego, ale poczułam impuls, aby natychmiast skontaktować się z owym kapłanem. W dobie internetu nie jest to rzecz jasna trudne. Odnalazłam parafię gdzie podano mi adres e – mail.

Wytnę rok i wkleję tutaj wspomnianą wiadomość, którą odnalazłam na skrzynce. Nosiła tytuł:

,,Prośba”

,,W dniu czw (26.08) o 15:55 Małgorzata (e – mail) napisał(a):

Szczęść Boże,

Czy mogę Księdzu zająć chwilę?
Jeśli nie jest to dużym problemem bardzo chciałabym porozmawiać
telefonicznie.

Małgorzata.

Odpowiedź, którą otrzymałam: 

Oczywiście, ale proszę o kontakt po 1 września bo jestem teraz za granicą
i mam ograniczone możliwości kontaktu telefonicznego. Podaję tel. (…)”

Kapłan powrócił ze wspomnianego wyjazdu. Przebywał wówczas w Medjougorie.

Dodzwoniłam się do niego. Nie pamiętam już jaki to był dzień. Konwersacja trwała jednak dość długo.

Człowiek zadawał mi wiele pytań. Po rozmowie poprosił abym skontaktowała się z Katolicką Psycholog – J. , do której numer otrzymałam. Poprosił również abym skrupulatnie wypełniła ankietę, którą miała mi przekazać w wiadomości e – mail wspomniana pani J.

Zastosowałam powyższe ,,porady”. Zadzwoniłam do owej pani i otrzymałam bardzo długą ankietę. Niestety nie otrzymałam zgody na jej publikację w tej książce.

Dokument dotyczył wszelkich zagrożeń duchowych. Stanowił spis około 100 pytań. Z których, o bagatela… na chyba ponad 80 zaznaczyłam odpowiedź twierdzącą…

W miarę pojawiania się kolejnych stron książki postaram się wymienić chociażby ich najważniejsze piony.

W obszernej odpowiedzi zwrotnej po odesłaniu dokumentu otrzymałam instrukcję co robić dalej.

Po pierwsze dosadnie pojęłam, że do wolności, w każdym jej aspekcie prowadzą nade wszystko mocna wiara, przebaczenie oraz pokora.

Zwłaszcza tej ostatniej uczę się do dziś.

Powyższe działania stanowiły jednak preludium do tego, co mnie czekało. ,,Diagnoza” zabrzmiała bowiem jak kiepski, mroczny żart. Zostałam skierowana do… egzorcysty.

Na spotkanie z księdzem miałam jednocześnie oczekiwać około 3 miesięcy. Kapłan – sprawujący posługę w odległym województwie od mojego uznał jednak, że wszystko poszło zdecydowanie za daleko. Uwikłałam się w bardzo niebezpieczne sprawy i przyjmie mnie wcześniej. Oczekiwałam około 1,5 miesiąca.

Zanim przejdę do tematu egzorcyzmów opublikuję jeszcze kilka istotnych wiadomości. Usunęłam z niej pewne elementy. Jest natomiast na tyle ważna, że poniekąd wyjaśni elementarną część problemów,
z jakimi się zmagałam. Także moje wieloletnie milczenie w zakresie pisarstwa.

“Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona”. Łk 1, 42


Zapewne zastanawiacie się dlaczego powyżej umieściłam cytat z Pisma Świętego odnoszący się stricte do Matki Bożej.

Myślę, że wiadomość którą umieszczę jak wspomniałam chwilkę wcześniej – nieco poza chronologią wydarzeń, rozjaśni ten bardzo istotny aspekt.

Oto jeden z e – mail, który wysłałam do kapłana sprawującego tak zwaną modlitwę o uwolnienie:

,,Szczęść Boże! 

Chciałam bardzo serdecznie podziękować za poświęcony mi przez Księdza oraz panią Stanisławę czas. Może 20 zł, które pozostawiłam w koszyczku nie wynagrodzą tych absorbujących i chaotycznych chwil, ale jeśli tylko będę mogła chętnie wspomogę bardziej.

Póki co tonę w długach i łzach.

Wiem i widzę, że osób, które zgłaszają się do Państwa po pomoc jest mnóstwo.

Jednak przez te kilka minut również nie da się streścić własnego życia tak, aby obiektywnie je ocenić. 

Zwłaszcza kiedy człowiek przybywa tam w ogromnym stresie. W spotkaniu uczestniczą osoby trzecie, co też potęguje uczucie strachu i stwarza pewnego rodzaju dyskomfort.

Jeśli znajdzie Ksiądz chwilkę na zapoznanie się z tym co napiszę będę bardzo wdzięczna.

Nie oczekuję niczego.

Po prostu chciałabym wytłumaczyć dlaczego tak bardzo zależy mi na tym aby dokończyć wspomniane projekty. 

Zdążyłam na spotkaniu opowiedzieć zaledwie zdaniem o jednym z nich. 

Nade wszystko w inny sposób nie jestem w stanie naprawić szkód jakie wyrządziłam pisząc pierwszą książkę ludziom, którzy po nią sięgnęli. 

Ciężko spojrzeć holistycznie na ,,wstąpienie” w podłe tajniki okultyzmu, ale niestety nie miałam wówczas pojęcia co robię. 

Zło totalnie oślepia.

W zasadzie dopiero w ubiegłym roku zdałam sobie sprawę, że wypowiadając (na odległość) pewną formułę, o której przeczytanie na głos poprosił mnie poznany w specyficznej grupie na portalu społecznościowym mężczyzna – bezpośrednio przywołałam jakiegoś demona. Miałam wówczas wyłącznie szczerą chęć pomocy zmarłej koleżance. 

Postaram się streścić to najkrócej jak potrafię.

Wspomniana książka, którą napisałam w 2016 roku w ciągu około 12 dni dotyczyła w dużym stopniu mojego życia oraz tego, co działo się w nim po tragicznej śmierci mojej 17 letniej wówczas koleżanki. (To wydarzenie miało miejsce w 2008 roku.) Dziewczyna jak wspomniałam zginęła tragicznie potrącona przez kierowcę pod wpływem alkoholu.
Jej siostra jest moją wieloletnią przyjaciółką. 

Po śmierci koleżanka nieustannie pojawiała się w moich snach. Owe były bardzo dziwne.

Zwykle dotyczyły stwierdzania przez – nie wiem czy nią czy demona (nawet codzienny pacierz mówi nam o obcowaniu świętych i aspekt ten ,,rozgryzało” wielu kapłanów. Niekoniecznie egzorcystów ; ale poznałam wielu wspaniałych księży na swojej niekończącej się jeszcze ,,drodze nawrócenia”). 

W każdym razie ,,to coś” mówiło w snach, że: ,,nadal żyje i błaga o pomoc”.

Zwykle budziłam się w nocy przerażona, ale i czasem bez większych emocji.

8 letnie modlitwy nie przynosiły żadnego rezultatu. Wręcz powiedziałabym – było coraz gorzej. Zaczęłam spać z włączonym światłem.

Wspomnę o jednym z aspektów, którego nie zawarłam w książce. 

Niestety nie jestem anonimowa w mieście w którym żyję i nie chciałam, aby ten fakt poznali znajomi osoby X (wycięty obszerny fragment wypowiedzi na potrzeby publikacji.)

No cóż – zło też wie wiele rzeczy. Dziś jestem tego świadoma. 

Bardzo pokrętnymi drogami wpadłam po uszy w ideologię New Age, w której jak się okazało – tkwiłam tak naprawdę od dziecka.

Ogólnie umiejętność czytania nabyłam w 4 roku życia. Pierwsze książki typu: ,,Przepowiednie Nostradamusa” ; ,,Życie po śmierci” czytałam już jako 9 letnia dziewczynka. 

Nie wiem gdzie sięga etiologia powstania tych niefortunnych przypadków, ale być może jest powiązana
z faktem, że kiedy miałam właśnie 9 lat moja 11 letnia wówczas siostra wspólnie z klasą ,,bawiła się” podczas przerwy w ,,wywoływanie duchów”. Tego dnia nie będąc niczego świadomą przebywałam przez około 2h sama w domu. Doznałam wówczas przerażającej sytuacji. 

Wracając do książki. Jeśli będzie chciał Ksiądz poznać szczegóły tego co wówczas napisałam – mam aktualnie tylko poprawioną wersję elektroniczną. Rzecz jasna nie cała książka dotyczy rzeczy, w które zabrnęłam. Jednak po sugestii mojego (zmarłego tragicznie) spowiednika oraz pewnego żyjącego egzorcysty, o którym celowo nie wspomniałam na spotkaniu. Nie odprawiał bowiem nade mną żadnych egzorcyzmów, a jedynie modlił się kilkukrotnie w języku łacińskim. I ,,widział” kilka rzeczy. Dokładnie ksiądz (dane osobowe) z (miasto) – którego posłudze naprawdę wiele zawdzięczam. Odwiedzałam go w Domu Miłosierdzia wspólnie z przyjaciółką kiedy przyjeżdżałam ją odwiedzić.

Ale do rzeczy. Obaj w/w kapłani. Łącznie z moim obecnym znającym problematykę księdzem – poprali pomysł poprawienia książki.

Czyli pokazania tego co było w moim życiu złe oraz połączenia części pierwszej oraz drugiej.
Dla zobrazowania kontrastu tego w czym tkwiłam i z jakimi konsekwencjami przyszło mi się mierzyć kiedy zrozumiałam co tak naprawdę zrobiłam.

W skorygowanej części 1 zawarłam ostrzeżenie dla czytelników, które sugeruje jasno żeby pod żadnym pozorem nie wkraczali na drogi, którymi podążałam ja. 

Nazwałam zło po imieniu. 

Kolejna książka – jeszcze nie opublikowana, stanowi uzupełnienie pierwszej. Są kompatybilne. Całość jest świadectwem osoby, która wychodzi z okultyzmu.

Gdybym tego nie przeżyła – co mogłabym o tym komukolwiek powiedzieć?

Ludzi takich jak ja są miliony.

Miałam ogromne szczęście, że wyrywam się złu i niech Ksiądz da wiarę, że w przypadki nie uwierzę. Jedynie te w języku polskim.

To co przeżywam sama idealnie obrazuje książka, na którą trafiłam ,,przypadkiem” – owym nazywam drugie imię Ducha Świętego. Idealnie obrazuje to lektura pt. ,,Nie krocz za mną”. Z jedną różnicą. Ja nie ,,widywałam” jakichś zjaw i tym podobnych. Takie ,,epizody” zdarzały się w całym moim życiu o ile dobrze pamiętam 3 krotnie. 

Po wysłuchaniu książki, której tytuł wspomniałam (o dziwo kobieta też mówi o okultyzmie i nawróceniu – czyli jedno można, a nawet wypadałoby przedstawić z drugim – może ktoś nie pójdzie podobną drogą…)

W każdym razie po wysłuchaniu tej książki na yt (w styczniu bieżącego roku) zdecydowałam się spontanicznie, dokładnie 8 stycznia (sobota) zawierzyć opiece NMP. Już w poniedziałek byłam
w autokarze do świętego miejsca położonego w woj. Warmińsko – Mazurskim. W drodze do Gietrzwałdu. To, co tam przeżyłam dało mi ogrom nadziei, że dobrym tropem ,,naprawiam błędy przeszłości”. Spędziłam tam kilka dni. Nie widziałam się z Panią J. Nie chciałam zajmować jej czasu. Nawet nie wiedziała, że tam jestem. 

Nie rozmawiałyśmy już spory czas.

Kilka miesięcy wcześniej skierował mnie do niej kapłan, którego kazania wysłuchałam na yt. Dokładnie ksiądz (dane osobowe).

Po powrocie do miasta w odpowiedzi na moje modlitwy zostałam skierowana przez panią J. do egzorcysty – księdza T. 

Poprzedni egzorcysta, którego szukałam na własną rękę – Ksiądz S. jak wspomniałam zbagatelizował
 ,,manifestację”, która pojawiła się podczas egzorcyzmu (mimowolne trzęsienie się całego ciała podczas modlitwy kapłana).

Zaufałam pani J. i wybrałam się do wspomnianego księdza T. Manifestacja była ewidentna.

Kapłan stwierdził, że z tyloma powiązaniami (New Age, okultyzm, bioenergoterapia, wahadełko, hipnoza
i Pan Bóg jeden wie co jeszcze…) będę potrzebowała nie tylko egzorcyzmów ale i modlitw o uwolnienie. 

Polecał Paulina o. (dane osobowe) z Częstochowy oraz Paulina z Krakowa, którego nazwiska nie pamiętam, ale mam go zapisanego gdzieś w książce telefonicznej.

Zapytałam kiedyś w ogromnej rozpaczy Pana Boga… czy długo będę jeszcze znosić te wszystkie problemy i gdzie, w jakim miejscu konkretnie otrzymam pomoc. (W tym miejscu znalazła się cała ,,litania”problemów jakie na mnie spadły.) Tego dnia, gdy zadałam powyższe pytanie, sprzątałam swoją skrzynkę e – mail.

W sercu poczułam, że powinnam znaleźć wiadomość wysłaną do ks. S. Podświadomie czułam, że znajdę tam konkretną odpowiedź. Znalazłam. Wiadomość wysłałam 21 sierpnia X roku – tego dnia (czwartek) obchodzono uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej. Ktoś pomyślałby – przypadek. 

Nie… to odpowiedź na modlitwę pompejańską, którą z ogromnym trudem udało mi się odmówić jakiś rok wcześniej. Co ciekawe chwilkę po tym zdarzeniu – otrzymałam telefon od Księdza… Ale ma Ksiądz pod opieką tylu ludzi, że pewnie ciężko byłoby zweryfikować kiedy do mnie zadzwonił… 

Koleiny ,,przypadek” – w dniu wczorajszym wchodząc do kaplicy po lewej stronie ujrzałam (o ile się nie mylę) obraz św. Józefa z dzieciątkiem Jezus. W środę popielcową rozpoczęłam bardzo długą modlitwę do Niego obierając Go jednocześnie za kolejnego ze swych patronów. Po raz drugi w życiu zresztą.

Słowa Pani Stasi – ,,Pomoc odnajdę u Matki Bożej” chyba też nie są przypadkiem w kontekście powyższych zdarzeń. 

Na zakończenie dodam jeszcze jeden istotny fakt. Dla tego świata wolę pozostać nikim, bylebym była kimkolwiek w oczach Pana Boga. Chciałabym pozostać anonimowa również w swojej twórczości.

Ś.P spowiednik przepracował prawie 30 lat na misjach w Afryce. Poprosiłam go o nadanie mi ,,nicku” dla zachowania anonimowości. A dlaczego… Ponieważ katolicki reżyser, (o szczegółach mogę opowiedzieć telefonicznie) po spotkaniu ze mną w sierpniu ubiegłego roku stwierdził, że materiał o nawróceniu z tak drastycznymi motywami w tle idealnie nadaje się na film, który może nawrócić miliony ludzi…

Mam już gotowy scenariusz, który udało mi się napisać samej.
Kiedy go pisałam działy się tak drastyczne rzeczy, że zaczęłam obawiać się o swoje życie. (Wycięty opis wydarzeń – przytoczę je w oryginalnej wiadomości wysłanej do producenta filmowego w niniejszej książce.) 

Ja osobiście wierzę, że Pan Bóg dla każdego z nas ma swój osobisty plan. Pisałam od dziecka. Wiersze, teksty piosenek, dzienniki. Również śpiewam.

Ale brak mi zarówno odwagi jak i wiary we własne możliwości.

Bez Pana Boga jestem nikim. I nic nie powstanie bez Niego.

Pierwsza książka nosi tytuł: ,,Obecność” kolejna: ,,Obecność 2 SPOWIEDŹ”. 

Nie bez potrzeby poprosiłam teologa o sprawdzanie treści zanim zostanie opublikowana. 

Muszę naprawić swój błąd. Tym samym jak wspomniałam – muszę połączyć pierwszą, skorygowaną część książki z drugą. Zobrazuje to czytelnikom konkretny przekaz.

W nowej publikacji poruszam dobitnie m.in tematykę: ,,mowy nienawiści” ; życia niezgodnego z wolą Bożą, związki partnerskie, przypisywanie sobie prawa do decydowaniu o życiu i śmierci. 

Jakiś czas temu wrzuciłam na portal społecznościowy wpis, w którym wypowiedziałam się przeciwko aborcji. 

Zostałam oblana hejtem. Ale to tylko uświadomiło mi, że zawsze byłam inna niż większość otaczających mnie osób. Miałam własne zdanie. Cechował mnie swego rodzaju nonkonformizm.

Kończąc ten mój przydługi ,,elaborat”. Przepraszam za płacz przed Najświętszym Sakramentem.

Ale jeśli kilku kapłanów poparło pomysł, w jaki planuję naprawić swój błąd, a dziś usłyszałam od Księdza, że kompletnie nie ma to sensu… Coś we mnie pękło. Pogrzebanie własnych marzeń i nadzieja 
na (wycinka – opis problemów) które, od lat odbierają mi z twarzy uśmiech.

Pomimo swoich (X) lat wszystko co do tej pory przeszłam – zarówno w życiu prywatnym jak i zawodowym mentalnie jak dziś wspomniałam stawia mnie w osobie 90 letniej staruszki…

Odpowiedź kapłana:

,,PJCh!

Małgorzato, bardzo Ci błogosławię.

Absolutnie nie torpeduję Twoich zamiarów, tylko wzywam do troski, aby wszystko, co służy wynagrodzeniu i zdemaskowaniu spraw przeciwnych wierze, było otoczone żarliwą modlitwą dla ochrony Ciebie i Twoich starań.

Tego rodzaju praca ma charakter konfrontacji i domaga się otoczenia angażujących się w nią obfitą modlitwą.

Pozdrawiam w Panu!

xJ”

Konfrontacja – słowo klucz… Niestety to nie przelewki, a bardzo poważne problemy, których sama nie dałabym rady udźwignąć.

,,Albowiem Pan jest twoją ucieczką, jako obrońcę wziąłeś sobie Najwyższego.” Ps. 91


POWODÓW MILCZENIA – ciąg dalszy.

Przez dość długi czas w swoim życiu, pomiędzy pracą i pasjami zajmowałam się również działaniami charytatywnymi.

W dobie internetu owe przestały być anonimowe. Siła mediów społecznościowych ma jak wiemy zarówno dobre jak i złe strony. Niestety pomimo szczerych chęci pomocy wielu osobom i mnie nie ominęły ciemne strony sieci.

Prowadziłam wraz z pomocą przyjaciół i znajomych kilka zbiórek, które faktycznie bardzo efektywnie zdobywały środki dla potrzebujących osób. Szala swego rodzaju krytyki faktycznie przelała się jednak
w momencie, kiedy docierały do mnie rozmaite słowa dezaprobaty nie mające pokrycia ze stanem faktycznym. Między innymi jak zarzuty, że w/w środki trafiały również na… moje konto. Jednak apogeum zaistniałej sytuacji stanowiły lokalne mass media, które to notorycznie przeglądały mój profil społecznościowy w poszukiwaniu tam ,,newsów”, z których to można by stworzyć jakikolwiek artykuł.

Na powyższe działania ja z kolei uparcie nie wyrażałam zgody.

Wycinając dane dziennikarza wkleję tutaj jedną z wielu notyfikacji, które to otrzymywałam w czasie najbardziej prężnego działania w wymienionym wyżej zakresie. Wiadomość dotyczyła stricte pomocy dla młodej kobiety, mieszkanki mojej rodzinnej miejscowości:

,,Witaj, Chciałabym Ci coś przekazać – w dniu wczorajszym ukazał się artykuł o śmierci Pani (X) – niestety bez mojej zgody. Bardzo mi przykro z tego powodu, nie ukrywam.

Dlaczego? Już wyjaśniam – Pani (X) żyła w miejscowości gdzie wychowałam się jako dziecko. Zna mnie tam każdy człowiek… Większość myśli i docierają już do mnie takie informacje, że: ,,buduję siebie” na czyjejś tragedii… Uważam, że wczorajszy wpis był co najmniej nie na miejscu. Po pierwsze ze względu na brak poinformowania mnie o nim, a po drugie, Pani (X) nie zmarła dlatego, że nie ,,udało się” uzbierać potrzebnej kwoty. Pieniądze udało by się zebrać do końca zbiórki. Rozmawialiśmy o tym ze znajomymi prywatnie – w jaki sposób. Ona była po prostu zbyt słaba aby przeżyć… Nie ukrywam, że czuję się z tym bardzo źle i samo to zmusza mnie nad zastanowieniem się – czy w ogóle powinnam uczestniczyć w pogrzebie. W końcu jak mówiłam znam tatę Pani (X) – nie ją samą. Mam tym samym prośbę – jeśli wrzucę jakikolwiek wpis o dacie pogrzebu – nie zezwalam na umieszczanie tego w mediach – tym bardziej w moim imieniu… Jeśli chodzi o moje prywatne działania – z wiadomych względów przesunęłam je w czasie. I teraz widząc Wasze działania – nie wiem czy będę o tym fakcie kogokolwiek informować.”

Powyższa wiadomość może wydawać się dla kogokolwiek banalną.

Jednak dla kogoś, kto nie poszukuje rozgłosu i szumu wokół własnej osoby jest naprawdę kluczowa.

Do tego dojrzewa się latami.

Tak zwana ,,sława” to tylko i wyłącznie uboczny skutek chociażby bezinteresownej pomocy innym czy działań twórczych szerzonych na większą skalę. Są owszem osoby, które tego potrzebują.

Ja z pełną odpowiedzialnością stwierdzam – nie należę do tego grona.

Podam jeszcze jeden istotny powód, który wyjaśni moje milczenie odnośnie wszelkich działań w zakresie pisarstwa oraz śpiewu. Nie jest ostatnią przyczyną zaistnienia takiego stanu rzeczy. Jednak kończy wypowiedź odnośnie w/w motywów, które to podałam Czytelnikom do wiadomości publicznej.

Oto wiadomość, którą wysłałam do jednego z Polskich i jednocześnie międzynarodowych, katolickich producentów filmowych. Miałam przyjemność pisać dla owego człowieka scenariusz filmowy.

Kto wie, może Pan Bóg pozwoli mi doczekać ekranizacji niniejszej książki w jego aranżacji:

,,Szanowny Panie Michale,

Przepraszam za zwłokę, ale jak mawiają: ,,licho nie śpi” i zaiste nie spało. Dlatego nie mogłam wcześniej ani napisać, a tym samym wysłać zarówno streszczenia jak i zakończonego scenariusza.

Chyba coś (zła nie nazwę kimś.) bardzo się wścieka żeby nie doszło do ekranizacji tej książki… 

Nie chciałabym zanudzać, ale to co napiszę będzie zapewne zalążkiem nieplanowanej wcześniej 3 części książki. Bardzo wiele dziwnych rzeczy wydarzyło się odkąd tylko zaczęłam pisać.

Tak naprawdę na napisanie całości poświęciłam około 6 dni. I to dopiero teraz, w październiku. Kiedy trochę ,,ochłonęłam”.

Dwa dni po spotkaniu w Pana studiu miałam poważny wypadek. Skręciłam rękę i upadłam wbrew wszelkim prawom fizyki do tyłu, uderzając głową o asfalt… Chyba sama myślałam, że już nie żyję, bo kiedy się ocknęłam stała nade mną przemiła staruszka i płakała, krzycząc: ,,to dziecko nie żyje!” (swoją drogą fajnie być dorosłym dzieckiem…)

Po tym zdarzeniu musiałam oszczędzać prawą rękę co niesamowicie utrudniało mi pracę.

Starałam się więcej czasu spędzać w domu, ale to wówczas właśnie zdołałam napisać 20 pierwszych scen. 

Kolejnym dziwnym przypadkiem było to, że chwilkę po tym wypadku narzeczony zapomniał zakręcić gaz na kuchni kiedy przygotowywał jakiś posiłek. Ulatniał się w mieszkaniu ponad 4 godziny.

No cóż – cud od Pana Boga, że udało mi się zakręcić go w ostatniej chwili i zrobić w domu ogromny przeciąg. Kilka godzin czułam się jak pijana i nie mogłam dojść do formy…

Kolejną ,,wspaniałą” sytuacją było to, że… (wycięta, zbyt osobista informacja na potrzeby publikacji.)

To nie koniec ,,atrakcji”. Miałam bardzo silne przeczucia, że coś złego dzieje się z tatą.

Mieszka od X lat w Holandii. Obrałam sobie za jeden z celów ściągnięcie go do kraju. 

We wrześniu dwa tygodnie spędziłam poza Polską, zapomniałabym – mając w międzyczasie zapalenie ucha środkowego na które otrzymałam antybiotyk po którym to miałam niesamowite skutki uboczne.

Gdyby nie przyjazd do taty, podejrzewam, że oglądałabym go już tylko w trumnie. Był ku temu solidny powód – chociażby zapalenie otrzewnej i pilna operacja przepukliny, która odbyła się po powrocie do kraju.

Wracając do podróży. Zasnęłam w trakcie powrotu do kraju, ale przeczuwając znów coś złego modliłam się w myślach. (Jechałam tam międzynarodowym transportem.)

Obudził mnie silny manewr kierowcy, który kiedy stanęliśmy na parkingu (byłam już ostatnią osobą do ,,wysiadki”.) Powiedział, że najpierw na milimetry udało mu się ominąć auto, które na autostradzie wpadło w poślizg – prawdopodobnie ktoś zginął na miejscu… Chwilę później podczas jazdy pękła lewa, przednia opona. Byliśmy około 30 km od miejsca docelowego. Auto całkiem padło. 

No ale… atrakcji byłoby przecież mało. Wybierając się na wizytę kontrolną do jednego z lekarzy usłyszałam pytanie: Małgosia, masz jakieś cztery wolne dni?

– Nie bardzo panie doktorze, a czemu pan pyta?

Przydało by się żebym wysłał Cię na co najmniej tyle do szpitala w na badania. Coś tutaj nie gra stwierdził.(Oczywiście póki co nie poszłam…)
Ostatnie wydarzenie miało miejsce w ubiegłą sobotę. Robiąc małe zakupy wyszłam ze sklepu z ogromnym bólem serca (tak na marginesie – kilka miesięcy temu wykryto u mnie migotanie i trzepotanie przedsionków.) Czułam się na tyle źle, że postanowiłam odjechać ze sklepu i zatrzymać się w jakimś względnie spokojnym zakątku miasta (że też akurat pod miejskim cmentarzem ruch był najmniejszy…) Postanowiłam, że poproszę o przyjazd karetki, jednocześnie zwróciłam uwagę żeby nie sygnalizowali (dosłownie) swojego przyjazdu – bo jeszcze nie umieram.

W każdym razie ekg wskazało na tyle poważne nieprawidłowości, że musiałam na własną odpowiedzialność odmówić przyjęcia do szpitala.

Pewnie pomyśli Pan dlaczego? Lekarze już kilkukrotnie postawili na mnie ,,krzyżyk” więc jedyne w co wierzę – jeśli będę miała żyć, to pomóc może mi tylko i wyłącznie Boża Opatrzność.

Może ten projekt jest tym co mam zrobić i ,,zawijać” manatki na tamten świat. 

Tego nie wiem, ale nie ukrywam, że zaczęłam troszkę obawiać się o własne życie. Mam nadzieję, że prezentowana forma scenariusza jak i streszczenie przypadną Panu do gustu.”

Myślę, że powyższa wiadomość pomimo niewątpliwego chaosu nie wymaga zbędnego komentarza.

Kilkukrotnie w swoim życiu otarłam się o śmierć. Nie wiedziałam jednak, że próba przekazania tej historii ogromnej rzeszy odbiorców może skończyć się dla mnie tragicznie…

“Na świecie ucisk mieć będziecie, ale ufajcie, Ja zwyciężyłem świat” (Jan 16,33).


EGZORCYSTA

`