OBECNOŚĆ
DEDYKACJA
Książkę dedykuję zmarłej koleżance Marioli.
Pamięć o Tych, których nie ma już między nami,
pozwala dokonywać wielkich odkryć.
Niech radość życia,
którą niosłaś w sercu przez całe swoje krótkie życie,
będzie inspiracją dla ludzi, którzy zapominają o tym,
co tak naprawdę najważniejsze.
PODZIĘKOWANIA
Całym sercem dziękuję:
Siostrze Kasi – za nieustającą wiarę i wsparcie.
Babci Marysi – za bezwarunkową miłość, która doprowadziła mnie do miejsca,
w którym aktualnie się znajduję.
Marzenie – mojej wieloletniej przyjaciółce, za pomoc w ujawnieniu pewnych faktów
i materiałów, potrzebnych do zrealizowania niniejszej publikacji.
PROLOG
Historia, która zostanie przedstawiona na kolejnych stronach książki jest absolutnie autentyczna. Długie lata zwlekałam z przelaniem na papier wszystkich myśli, które kłębiły się w mojej głowie. Myśli, czy w ogóle powinnam to zrobić. Jak historię odbiorą czytelnicy,
w ręce których trafi niniejszy materiał? Kwiecień 2016 roku przyniósł mi odpowiedź na stawiane przez lata pytanie: Czego tak naprawdę chce ode mnie zmarła koleżanka, która od czasu tragicznej śmierci nie pozwala o sobie zapomnieć? To właśnie ten motyw – rozwiązanie wieloletniej zagadki – zdecydował o tym, aby historię poznało większe grono odbiorców.
Zaznaczam na wstępie, że opisywane wydarzenia mogą okazać się dość kontrowersyjne
i mijające się z prawdą. Kluczem do zrozumienia zawartej treści jest otwarcie się na nie fizyczny świat, którego istnienie większość z nas neguje, ze względu na niedostateczną ilość dowodów naukowych mogących zasadnie poprzeć pewne teorie. Skąd zresztą pewność, że otaczająca nas rzeczywistość nie jest iluzją? Idziemy masowo za tym, co mówi większość, bo tak nam wygodniej. Przecież tak wypada. Pisząc ten tekst, nie zamierzam oczywiście udowadniać nikomu słuszności wiary w inny wymiar – sama również nie posiadam dostatecznych dowodów popierających tę tezę. Wiem jednak, że przedstawiona tutaj historia niezbicie łączy się
z faktami, które w miarę upływu czasu miały pojawić się w moim życiu – i tak też się stało.
Już jako jedenastoletnia dziewczynka pisałam dzienniki. Niestety, w miarę upływu czasu część z nich zaginęła. Odnalazłam kilka zeszytów, które przypadają na rok 2004.
Powrót do dzieciństwa i cytowanie fragmentów wspomnianych dzienników, pozwoli odbiorcom zrozumieć pewne fakty i bliżej poznać trzy osoby, dookoła których będzie się toczyć główny wątek tej książki. Mariolę – dziewczynę, która zginęła tragicznie w 2008 roku, Marzenę – jej siostrę, a moją najlepszą przyjaciółkę ze szkolnych lat oraz mnie – osobę, której życie od dziecięcych chwil usłane było na tyle dziwnymi historiami, że zdecydowałam się przekazać je większemu gronu odbiorców. Dzienniki w dużym stopniu dotyczą korelacji pomiędzy trzema wyżej wymienionymi osobami. Marzena również spisywała wydarzenia dnia codziennego. Będę posługiwać się również fragmentami jej pamiętników, ponieważ dotyczą tego samego okresu czasu, o którym wspomniałam wyżej.
Pisanie tej książki jest dla mnie dużym wyzwaniem. Swego rodzaju spowiedzią, terapią, powrotem do przeszłości, przed którą wszyscy uciekamy, a która z kolei nie pozwalała mi
o sobie zapomnieć, manifestując się dobitnie w życiu codziennym przez ostatnie mijające lata.
Być może publikacja pomoże któremuś z odbiorców zatrzymać się na chwilę w natłoku codziennych zajęć i odpowiedzieć na pytanie – dlaczego spotykają nas takie, a nie inne doświadczenia?
Pisząc, postaram koncentrować się na najistotniejszych faktach, które będą kluczowe dla opisu wydarzeń i powstałych za nimi ciągu faktów. Z uwagi na dobro bohaterów tej książki, pominę pewne wydarzenia, które mogłyby stanowić wątki poboczne, a nie wniosłyby do książki niczego poza domysłami oraz spekulacjami na temat ich życia prywatnego. Wiadomym jest, że pewne sytuacje, których doświadczamy na przestrzeni mijających lat, winny zostać tylko i wyłącznie w naszych głowach.
WSTĘP
Dziwny zbieg okoliczności sprawił, że data, która rozświetla moment powstania tej książki to 27 kwietnia. Dwa plus siedem daje dziewięć. Zerknęłam w kalendarz i wiem, że to nie przypadek. Na kolejnym etapie pisania wyjaśnię, dlaczego ma to dla mnie jakiekolwiek znaczenie. W książce znajdzie się trochę psychologii – doświadczeń z dzieciństwa, które mocno rzutują na przyszłe życie, a które jakże często bagatelizujemy z pozycji rodzica – osoby odpowiedzialnej za wychowanie swych potomków. Dzieląc się doświadczeniami z powiedziałabym pogranicza dwóch światów, być może częściowo ukoję cierpienia osób, które w tragicznych okolicznościach straciły kontakt ze swoimi bliskimi. Gdy nagła śmierć ucina życiową sielankę, a w głowie nieustannie pojawia się pytanie ,,dlaczego?’, często szukamy odpowiedzi na to – wydawało by się – retoryczne pytanie. Nie zakładamy wówczas, że przyszłość przyniesie sensowne wyjaśnienie. Czasem jednak odpowiedź przychodzi do nas po latach, w najmniej oczekiwanym momencie życia, zaburzając jego naturalny rytm. Tak właśnie było w moim przypadku.
Słuchaj serca, a zrozumiesz kierunek, w którym należy zmierzać. Staraj się być sobą w tej grze pozorów, w której tak łatwo utracić własną tożsamość.
KILKA SŁÓW O MNIE
Najtrudniej jest mówić o sobie – żyjemy w takim społeczeństwie, że inni zrobią to za nas lepiej.
Nie jesteśmy idealni. Życie polega na ciągłym popełnianiu błędów, naprawianiu ich. Próbie odnalezienia swojej indywidualnej ścieżki, powołania. Czasem docieramy do tego punktu bardzo łatwo, innym razem błądzimy kilka, kilkanaście lat, aby w końcu stwierdzić, że jesteśmy w odpowiednim momencie życia, aby wreszcie coś zmienić. Mam dwójkę kochanego rodzeństwa – starszą o dwa lata siostrę Kasię oraz młodszego
o 11 lat brata, Pawła. W głównej mierze byłam wychowywana przez babcię, która przejęła obowiązki rodziców, wiecznie zajętych pracą zawodową. Byłam specyficznym dzieckiem. Bardzo wcześnie nauczyłam się czytać – zasadniczo w momencie, gdy zaczęłam zazdrościć 6 letniej wówczas siostrze faktu, iż sama potrafi śledzić losy książkowych bohaterów. W zasadzie nic szczególnego nie wyróżniało mnie na tle innych dzieci. Może poza kilkoma szczegółami dotyczącymi moich zainteresowań, kiedy to już we wczesnym wieku szkolnym uwielbiałam pochłaniać książki odbiegające tematyką od powszechnie przyjmowanych kanonów dziecięcej literatury. Wówczas nie wiedziałam jeszcze, że nieprzypadkowo czytałam publikacje o tematyce życia po śmierci i inne pozycje plasujące się w dziale literatury metafizycznej. Mama do dzisiejszego dnia powtarza, że byłam grzecznym maluchem. Grzecznym, żyjącym troszkę w swoim świecie. Te beztroskie lata mijają niesamowicie szybko. Dziś doskonale wiem, że dzieci są o wiele mądrzejsze niż może się wydawać dorosłym. Wrażliwe, czułe, pragnące bezwarunkowej miłości. Za tę miłość pragnę z całego serca podziękować rodzicom, którzy nie wiedzieć czemu, wstydzili się okazywać uczucia swoim dzieciom
oraz babci, która przez całe życie starała się rekompensować mnie i siostrze ten ciągły niedosyt.
Tak naprawdę, to głównie dzięki babci jestem dziś tym, kim jestem. To osoba, która zawsze była obok. Ktoś, kto przytulał, uczył życia, bezwarunkowo kochał, doceniał wyjątkowość dziecka.
Los nie był dla niej łaskawy – miała ciężkie życie, ale mimo wszystko, zawsze z uśmiechem witała nowy dzień i oddawała cząstkę siebie innym. Nie znajduję słów, które mogłyby wyrazić wdzięczność do tej kochanej kobiety. Za trud wychowania mnie i siostry. Ona do końca swych dni będzie dla mnie najważniejszą osobą w życiu. Kocham Cię Babciu całym sercem. Mówiąc o dzieciństwie – zawsze czułam pewien niedosyt związany z nieobecnością rodziców. Dziś wiem, że nie robili tego celowo, ale pochłonięci pracą, zapominali często o istnieniu dzieci, pozostawionych pod opieką starszej osoby.
W pogoni za karierą, zmęczeni i sfrustrowani codziennymi problemami, ograniczali kontakt ze mną do prostego pytania – ,,Co dostałaś dziś w szkole?” A dziecko tak bardzo domaga się uwagi, miłości. Nie na zasadzie domyślania się, czy tak naprawdę jest darzone uczuciem, ale takiej, gdzie zapewnia się je, że jest kochane mimo wszystko. Wzrastanie w przekonaniu, że na miłość trzeba zasłużyć, powoduje cierpienie w dorosłym życiu. Prędzej czy później skutki takiego postępowania odczuje każda ze stron. Rodzice, na zasadzie rozpamiętywania straconego czasu. Dzieci – widząc, że mają problem ze stworzeniem normalnego związku, rodziny oraz budowania bezgranicznego zaufania do drugiego człowieka. Wszak zasada przyczyny i skutku tyczy się tak naprawdę wszystkiego co zmienne w naszym życiu. Rodzice są dla dziecka całym światem – obserwacja ich zachowań często kieruje postępowaniami człowieka w dorosłym życiu. Szkoda tylko, że są to głównie błędne wzorce. My natomiast, jako nieświadome tego istoty, układamy wówczas cały swój mały świat na podwalinach tego, co zostało nam wcześniej przekazane i zobrazowane. Nie chcę żywić w rodzicach pretensji czy też poczucia winy za sytuacje, z którymi przychodziło nam, dzieciom, bezradnie się mierzyć. Chcę tylko, aby każdy rodzic, w ręce którego wpadnie ta książka, wiedział, że często nieświadomie potrafimy zgotować dzieciom piekło.
Nim frustracje, które małżonkowie wylewają pomiędzy sobą chociażby krzykiem, na długie lata trwale zniszczą psychikę dziecka. Zważcie, aby to piętno – o ile to możliwie – nigdy nie musiało pojawić się
w życiu milusińskich. Każde dziecko zasługuje na to, aby beztrosko żyć. Obarczanie potomków problemami dorosłych zmusza do wcześniejszego dojrzewania.
Czasem zastanawiam się, czy wszystko to, co działo się wokół, pozwoliło mi tak naprawdę być dzieckiem.
WPROWADZENIE
Nie lubię fikcji. Rozczulania się nad czymś, co jest wytworem wyobraźni. Świat jest przecież tak niesamowicie bogaty w historie, które napisało prawdziwe życie. Na kolejnych stronach będę umieszczać fragmenty dzienników, o których wspomniałam wcześniej. Przypadają one na rok 2004, kiedy to ja i przyjaciółka byłyśmy piętnastolatkami, z masą problemów i życiowych rozterek, normalnych dla okresu dorastania, a tak irracjonalnych dla nas – dorosłych. Nastoletni świat wyobrażeń rzeczywistości nie musi być jednak do końca negowany. Doświadczenie i dorastanie weryfikują, że każdy moment w życiu przybliża nas do punktu, w którym zrozumiemy, że wszystko ma swój cel. Czasem mniejszy, czasem większy. Nadmienię, że zarówno ja, jak i Marzena już jako nastolatki byłyśmy bardzo bogate duchowo, co często znajdowało odzwierciedlenie np. w pisaniu wierszy. Pozwolę sobie przytaczać niektóre z nich, ukazując je w kolejności, jaka pojawia się na zapisanych stronach archiwalnych pamiętników.
POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI
Mierzę się z przeszłością. Okres dorastania, tak pełen rozterek, niespełnionych miłości, potrzeby zwrócenia na siebie uwagi, akceptacji otoczenia – brzmi znajomo?
Zakładając, że czytelnikami są osoby pełnoletnie – każdy z nas przez to przechodził – nawet jeśli tego nie pamięta. Powiem szczerze, że wracając do zapisków sprzed kilkunastu lat, bardziej wyrozumiale patrzę na współczesną młodzież. Zapominamy przecież, co siedziało nam w głowach, gdy byliśmy w ich wieku… Nie ma sensu przytaczać wszystkich archiwalnych fragmentów (będzie ich zresztą dość dużo) Chcę nakreślić mniej więcej stosunki pomiędzy nami. Podejrzewam, że będą to opisy podobne do wydarzeń współczesnego codziennego życia, jakie toczy większość nastolatek na świecie. Może z małą przewagą naszego ówczesnego rozwoju duchowego, który faktycznie był na wysokim poziomie. Miałyśmy przyjemność dorastać w świecie bez powszechnej jak dziś dostępności Internetu, stąd też być może moc tworzenia, która gdzieś musiała znaleźć swoje ujście…
Otwieram jeden z zeszytów.
Lekko zniszczona przez upływający czas, kolorowana własnoręcznie okładka, zachęca do przeczytania treści następującym, nie do końca jasnym dla odbiorcy opisem:
– Chwile –
Zatrzymane,
a pozostawione będą
w przeszłości,
której nikt tak naprawdę
do końca nie odkryje.
(Coś co by Ci pozwoliło
zrozumieć,
dobro zaoferowane
przez łańcuch chwil nieprzemierzonych,
głębokim uczuciem potrzeby
nie bycia tutaj
SAMOTNYM.)
Nagromadzeniem nie tak ważnym jak TAMTEN CZAS
DZIENNIKI
Małgorzata,
26 grudnia 2004
„Święta, święta i po świętach…” Typowe i życiowe. Dla mnie jednak obce tegorocznie.
A dlaczego? Głupio mi z powodu, że zwyczajnie nie potrafię cieszyć się z tych świąt. Tak jak kiedyś, gdy byłam młodsza i te dni tak cudownie przemijały…
Zawsze jest coś, co zepsuje szczęście, czasem mniejsze, a czasem i większe. Ale to jest właśnie życie – taki sen pełen niejasności, z którego kiedyś się obudzimy, aby wstać szczęśliwymi.
Na wieki.
I to jest właśnie piękne. Dziękuję, że wiem… Dobranoc.
Gorzkie szczęście,
to tak pozornie
małe nic,
zbłąkane.
Serce złamane mieczem niskiej świadomości…
Małgorzata,
Czwartek, 30 grudnia 2004
(…)
Nudzę się.
Siostra – włącz mi „Brothers in arms”.
Dziwne, że przy zwykłej piosence potrafię się rozkleić. Co dopiero, pomyślcie – robię na jakimkolwiek pogrzebie. Tak swoją drogą to powiem, że może i lubiłabym takie msze, gdyby nie ta atmosfera i płaczący ludzie. Taka już jestem, że jak ktoś płacze, to ja też nie mogę się pohamować.
Przypomniał mi się właśnie pogrzeb mamy mojej koleżanki. Szkoda, że nie wzięłam wtedy chusteczek, bo wylałam morze łez…
(Poniżej rysunek – dwie postacie, które miały obrazować mnie i siostrę – jedna, płacząca, druga
z ogromnym znakiem zapytania w okolicach głowy.
I komentarz pod rysunkiem – „te karykatury są doprawdy bardzo osobliwe…”)
Marzena,
Czwartek, 9 września 2004
(…) Nasza szkoła ma wydawać jakąś gazetkę i z tego powodu pani od polskiego powiedziała, żebym zajęła się pisaniem… wierszy!
A co to ja? Poetka!? Ok, może te kilka wierszy miłosnych mojego autorstwa gdzieś tam się znajdzie, ale żeby to czytało całe gimnazjum…?
Marzena,
Poniedziałek (wieczór)
Słucham spoko muzy i MYŚLĘ. Jezu, ja nie mogę przestać o nim myśleć. Od wakacji minęło już tyle czasu, a ja wciąż rozpamiętuję te szalone dyskoteki z nim i jego pocałunki… Ale nie ma się co łudzić… ja byłam dla niego tylko przelotną, wakacyjną znajomością. Czemu ja też nie mogę go tak traktować?
Cały czas o tym myślę i chcę, żeby to trwało nadal… To jest jednak niemożliwe. Tamte chwile chyba do końca życia pozostaną w mojej pamięci i zawsze będę chciała przeżyć to jeszcze raz. Dlaczego dziewczyny tak trudno zapominają? On już pewnie ma inną, a o mnie nawet
nie wspomni. Mimo wszystko był CUDOWNY. A kto? To dla mnie jasne… i dla tych, którzy wiedzieli o tym wszystkim. Jedno imię – Kamil. (…) Kompletnie zawrócił mi w głowie. Może za rok znów się spotkamy…
Marzena,
Wtorek, 28 września 2004
(…)
Przypomniałam sobie właśnie pytanie Gośki – „Czy był choć jeden taki dzień od twojego ostatniego spotkania z Kamilem, kiedy o nim nie myślałaś?”. I okazuje się, że NIE MA!
Hej, co się ze mną dzieje?! Czyżbym zgłupiała do końca? A tak a propos, to dokładnie pamiętam, kiedy ostatnio się z nim spotkałam. W niedzielę wieczór, około 22. Nie odpowiedziałam mu wtedy „cześć” i miałam potem wyrzuty sumienia. A jeszcze wcześniej, na ostatniej disco na wsi, kiedy on (po raz pierwszy na moich oczach) upił się „do zgonu”.
A zawsze powtarzał mi: „Marzenka – nie pij alkoholu”.
To sorry. Chyba jedyne słowa, które do niego powiedziałam na tej disco, to było: „dobranoc”. Jakoś mi odpowiedział. Raczej wybełkotał.
Marzena,
Sobota
Jestem zdołowana. I sama nie wiem, czemu. Wydaje mi się, że moje życie już w ogóle nie ma sensu. Rodzice mają mi za złe, że spotykam się z kumplami, przyjaciółka ciągle mnie o coś oskarża.
Wszyscy dają mi do zrozumienia, że wszystko, co robię, jest złe i jestem do niczego.
Właściwie to nikt nie musi mi tego mówić – ja to widzę, a z resztą kompletnie nie obchodzi nikogo to, co myślę i czuję. Więc nigdy już nie będę sobie robiła złudnych nadziei na to, co jest nierealne. A problem tkwi w tym, że ja zawsze robię sobie takie nadzieje. A potem (jak zwykle) wszystko zawodzi i okazuje się, że nie mogę zrobić nic innego, jak tylko rozpłakać się jak dziecko. Tak jak dziś, na przykład.
Jestem głupią naiwniarą i nic mi nie wychodzi. Już nigdy w życiu nie będę szczęśliwa, ja to wiem.
Takie życie jest mi pisane. Trudno. Może kiedyś ktoś doceni to, że większość swojego głupiego życia przecierpię i się nade mną zlituje.
A w ogóle, to ja nawet na to nie zasługuję. (…)
Marzena,
Środa, 6 października 2004
W budzie nic nowego. Jak zawsze dużo nauki. Czytałam dziś pamiętnik Ani, mojej koleżanki
z klasy. Nawet nie wiedziałam, że ona tak bardzo różni się ode mnie. Nie wiem, jak to opisać,
ale jest bardzo wartościową dziewczyną i jest mocno związana z Bogiem.
To znaczy, ja też się modlę itd., ale ona naprawdę zastanawia się nad takimi rzeczami
i powierza Bogu swoje życie.
Mam powody, żeby jej zazdrościć. I dziwię się, czemu nie ma ogromnego grona koleżanek
i takiego powodzenia u chłopaków. Może jeszcze nie wszyscy odkryli jej wielką wartość.
No cóż, ja też dopiero to odkryłam, czytając jej pamiętnik.
Czuję się przy niej jakąś grzesznicą i bezwartościową osobą. Ale tak jak ona potrafię docenić swoje dobre strony. O ile takie w ogóle istnieją.
(…)
A wracając do Ani zapisków. Opisywała każdą dziewczynę z naszej klasy. Jej opinie zgadzają się z moimi – o sobie przeczytałam coś takiego:
„Opisując Marzenę, mam problem. Jest skryta i tajemnicza, ale te cechy dodają jej uroku”. Jeżeli ona tak uważa (i nie tylko ona), to musi być w tym jakaś prawda. Może to właśnie dlatego mam tylko kilka prawdziwych koleżanek. I nie latam za chłopakami.
To dobrze czy źle?
Nie wiem. Ok, idę spać, dobranoc.
P.S. Nadal myślę o Kamilu. Kiedy mi to przejdzie? I tak jest lepiej niż na początku. Ale trochę mi go brakuje. I tych wakacji.
Za niecałe 2 miesiące moje 15 urodziny. Ciekawe jak je przeżyję.
Jeżeli dożyję…
Ok, już przestanę o nim myśleć, bo zwariuję… Byłabym gotowa na (prawie) wszystko. Wtedy
i teraz. Dla niego. TYLKO.
Co się dzieje?!
Mój wiersz
To mój wiersz
O wszystkim i o niczym.
Wypłynęły uczucia,
Została pustka.
W mojej głowie?
Nie – ja mam uczucia.
Tylko zostały pokryte
Bardzo grubą warstwą kurzu.
Proszę, zdmuchnij ją,
Niech znów stanę się człowiekiem…
…
Ostatni żal
Ja nie jestem taka,
Za jaką mnie macie!
Jestem sobą, lecz nie zawsze.
Nie potrafię. Albo czasem,
Miałam żal, nie wiem za co.
Tak naprawdę mnie nie znacie.
Marzena,
Czwartek
Skończyłam czytać „Pamiętnik narkomanki”. Chcę się zapisać na karate. W środę dyskoteka
w szkole.
Nie wiem, czy idę. Nie wiem, czy żyję.
…Niektórzy ludzie są dziwni. Mówią różne rzeczy, żeby zdołować innych, ale się do tego nie przyznają. Ja jestem zdołowana. Rozumiecie? Jakie to jest dziwne. Niby taka bliska osoba,
a wprawia mnie w nastrój przygnębienia i dobija stylem bycia. Ale żyję. I to jest najgorsze. Bo ciągle muszę to znosić. Co dnia. Już nie dam rady. Płaczę.
DLACZEGO!?
Rozmowa nie jest mi potrzebna. Przecież nie da się zmienić czyjegoś charakteru. Ale można zmienić swój sposób myślenia. Ale nie mój. NIESTETY.
… Dobra, koniec. Nie mogę się ciągle zadręczać.
Jutro sprawdzian z geografii, a tak nie chce mi się uczyć! Właściwie to prawie wszystko umiem.
W naszej budzie ostatnio trochę wieje nudą. Przynajmniej dla mnie, bo niektórzy pewnie myślą inaczej. No cóż, to nie moja wina, że jestem INNA. I czuję się bardzo upodobniona do bohaterki „Pamiętnika”.
Lubię czasem samotność. I nie potrafię się otworzyć na innych ludzi. Myślę, że już wszyscy to zauważyli. Więc niczemu się nie dziwię. Szkoda.
(…)
Idę pisać wiersze. To pomaga.
Jeszcze będę się z tego śmiać. Zobaczycie.
Być sobą. To klucz do życia.
Marzena,
Sobota
Przed chwilą czytałam swój pamiętnik z wakacji. Przypomniałam sobie te dyskoteki z Kamilem
i słuchając Britney, naszła mnie ochota na zadzwonienie do niego. Na szczęście szybko się opanowałam i w ostatniej chwili mi przeszło.
Ciekawe, co mogłabym mu powiedzieć?
Marzena,
Niedziela, wieczór
Byłam z Karlą u Angeli i fajnie sobie pogadałyśmy. Naprawdę spoko jest mieć takie kumpelki,
z którymi można szczerze porozmawiać i oczywiście powygłupiać się.
(…)
Gadałyśmy o Kamilu. Nie wytrzymałam i zadzwoniłam do niego.
Bardzo chciałam usłyszeć jego głos… Kiedy się odezwał, moje serce na chwilę zamarło. Przypomniałam sobie nasze nocne rozmowy. I w ogóle wszystko. Pewnie przez kilka kolejnych dni będę to ciągle wspominać. Fajnie.
Idę zakuwać. Pa.
…
Ok, już się trochę nauczyłam
(no jasne…)
Piszę tu, bo nie mam co robić. Czytałam pamiętnik Angeli. Okazuje się, że ona też czasem przechodzi takie doły jak ja. Tylko, że po niej tego nie widać.
Cały czas słyszę jego głos
Cały czas czuję ciepło jego ciała
Cały czas widzę go jak wtedy.
Cały czas chłonę jego pocałunki.
Ale wiem, że tamten czas minął.
…
Dobra. KONIEC z Kamilem. Już postaram się o nim tu nie
pisać. THE END.
Marzena,
13 października 2004
(…)
Widziałam… no wiecie… Kamila… W sklepie. Byłam akurat z mamą przy jakiejś półce i jakoś instynktownie się odwróciłam.
I zobaczyłam JEGO. Był jakiś dziwny. Na początku pomyślałam:
„Ta twarz coś mi mówi”. Potem stałam tak przez chwilę i patrzyliśmy na siebie. On nic nie powiedział, tylko kiwnął głową. A ja się odwróciłam. To było coś, jak uderzenie pioruna. Potem stanęłam za nim w kasie i co chwilę na niego patrzyłam. Przez to wszystko niechcący zaczęłam wkładać niepoliczone rzeczy do koszyka. Kiedy już byłam przy aucie, widziałam, jak odjeżdża swoim skuterem.
Przez resztę dnia zachowywałam się jak nieprzytomna. Co prawda on wyglądał tak jakoś inaczej, ale nadal miał w sobie to coś męskiego, co mnie do niego przyciągało.
To było bardzo dziwne…
Akurat przez cały dzień o nim myślałam (zresztą kiedy ja tego nie robię!?) i byłam
w miejscowości, w której mieszka. Może to był głupi zbieg okoliczności? A może ktoś po prostu nie chce, żebym o nim zapomniała…?
Nie mogę opisać tego, co poczułam, gdy go zobaczyłam, bo się nie da… Coś mi mówi, że to nie było nasze ostatnie spotkanie.
Może za rok w wakacje?
1… 2… 3… próba długopisu…
P.S. Ciekawa jestem, co on pomyślał. Może poczuł się choć trochę tak jak ja? Ciekawe, co myśli teraz. Jeżeli nie zdążył już o tym zapomnieć…
Marzena,
15 października
Po prostu bez komentarza… Nie potrafię opisać tego, co czułam, gdy dowiedziałam się, że moja mama przeczytała mój pamiętnik z WAKACJI.
Wyobraźcie to sobie. Tam było opisane WSZYSTKO. Pijackie dyskoteki, spotkania
z Kamilem, wszystko. Ze szczegółami. Pełno przekleństw, wyzwisk (wiecie, te chwile załamania), opisy dyskotek.
Napisałam nawet, że Kamil „świetnie całuje”. Ona też już to wie. Ja mam dopiero 15 (właściwie to jeszcze 14!) lat, a zachowywałam się w wakacje jak 18-letnia zadymiara. Oczywiście
w domu byłam święta: najlepsza uczennica, zawsze grzeczna i posłuszna.
Mama odkryła drugą stronę mojej osobowości. Tylko tak naprawdę nie wiem, co ona przeczytała. (…) Raz tylko powiedziała, że „nie spodziewała się tego po mnie”.
Myślę, że jednak nie wie tych najgorszych rzeczy. Po prostu zachowuje się jak dawniej. Jakby nic KOMPLETNIE nie wiedziała.
Dziwne. Ok, może wiedzieć o chłopakach, bo w moim wieku to normalne. Ale mam nadzieję, że nie odkryła tego wszystkiego. Chociaż było tam to wszystko. Wydaje mi się, że pisałam to trochę tak, że nie można było wszystkiego się domyślić, jeżeli się tam nie było. Mimo wszystko czuję się trochę głupio… To sorry… (…)
Marzena,
Wtorek
Dziś nie było chemii. Osobiście bardzo się z tego cieszę, bo ZNOWU ominął nas zapowiadany od (!) początku roku szkolnego sprawdzian. (…)
(…)
Gośka ostatnio znów ma doła (…) żadne gadanie jej nie przebije. (…) Znam bardzo dużo dziewczyn, które zazdroszczą jej powodzenia i stylu bycia. To znaczy sama nie zazdroszczę jej i nie mam zamiaru się na niej wzorować. Uważam, że każdy ma w sobie wielkie wartości i sam powinien je uwypuklać, zamiast nieudolnie naśladować innych. Właśnie to staram się robić.
I albo po prostu mi to nie wychodzi, albo inni nie potrafią tego dostrzec, albo jest we mnie samo zło. No, ale w to wątpię. Muszę trochę nad sobą popracować.
Mama ostatnio stwierdziła, że jestem „dziwna” Ale to nie moja wina, że mnie nie rozumie.
A może serio za bardzo się w sobie zamykam? To nie znaczy, że ona ma czytać moje pamiętniki, żeby wydrzeć mi moje sekrety. Ależ ona jest perfidna!
…
Jestem uzależniona od lizaków.
A na moim łóżku śpi szminka i tusz do rzęs. Jestem dzika. Gdyby nakręcili o mnie film, wyszłabym na typową nastolatkę z tysiącem wyolbrzymionych problemów.
Ale i tak nikt nie dojrzałby moich myśl i wnętrza. To pewne, bo czuję się jak… no właśnie, jakby były we mnie dwie osoby.
Na zewnątrz (niby) radosna laska, która ma swoje wady i zalety, a w środku… nie wiem… diabeł? Coś mrocznego, jak satanistka.
Jak jezioro. Nikt nie wie, co się kryje na dnie, dopóki wielkim wysiłkiem się tam nie dostanie.
A z brzegu wydaje się takie proste i cudowne. Ok, taka cudowna to ja nie jestem.
Jestem uzależniona od lizaków. DOBRANOC, dobranoc, dobranoc…
Marzena,
29 październik, piątek!!!
Za równy miesiąc moje 15-ste urodzinki. Nie wiem jeszcze, jak będę je obchodzić. Nastawiłam się na Andrzejki w budzie, ale zostały (niestety) odwołane… Byłam z dziewczynami w kościele
i jak zwykle było fajnie.
Ok, znowu słyszałam ten męski sexy głos przez telefon. To było coś, ale już więcej tego nie zrobię. Naprawdę. (…)
Był dziś apel na temat pijaństwa na dyskotekach. Dlatego nie ma Andrzejek.
Stanley, Michał i Hubert wyszli na środek sali gimnastycznej
i stali tam jak potępieńcy. (…) To sorry.
Marzena,
Wtorek
Jestem nikim. To jedyna pewna rzecz, którą wiem o sobie. Po prostu NIKIM. Nie ma chyba na świecie osoby tak złej jak ja. (…) Nie chcę już dłużej żyć, chcę umrzeć. (…) Nikt nie chce mnie tutaj. Nie mam serca. (…) Chcę tak bardzo umrzeć. Dlaczego nie mogę od razu się zabić? Potrzeba trochę czasu, a przez ten właśnie czas pewnie się rozmyślę. A ja teraz chcę, żebym przestała istnieć.
Moja trumna będzie leżała na końcu świata, gdzie nikt nie będzie już o mnie pamiętał.
To koniec. Szkoda, że nie można umrzeć od łez. To byłaby przynajmniej szybka śmierć. Nienawidzę siebie. Po prostu.
Marzena,
Środa
Ale to był dół. Okropny. (…) To sorry. Jutro coś napiszę, bo idę spać. Dobrej nocy i miłych snów.
Marzena,
Czwartek
(…)
Jest właśnie lekcja matmy. Gocha jest przy tablicy i robi jakieś zadania. Na polskim znowu przechodziłam dół, ale na szczęście jest ktoś, kto może cię pocieszyć. I tym kimś okazuje się osoba, o której myślałam, że kompletnie jej nie obchodzę. W każdym razie to uczucie jest bardzo fajne.
(…)
Małgorzata
(w pamiętniku Marzeny, w domu)
Cześć Mrzicunia. Dzięki za te słówka u góry… Dzięki, że jesteś…
(…)
Wiesz, mam żal. Nie do Ciebie. Do siebie też nie. Mam żal do swoich rodziców. Mam im za złe to, że ciągle gdzieś pędzą (teraz też ich nie ma). Nie mogę z nimi porozmawiać. Ciągle są gdzieś daleko. Zajmują się swoją karierą, zapominając o tym, że mają rodzinę, a co za tym idzie – chyba pewne obowiązki. Wiem, że robią to również dla naszego dobra, ale mam DOŚĆ.
Chcę mieć NORMALNĄ rodzinę.
(…) Czy oni o mnie pamiętają?
Wiedzą, że istnieję?
…
(później)
No dobra, koniec tego narzekania. (…)
Wiesz Mrzi – gdyby człowiek nie miał WYOBRAŹNI, to chyba nie miałby NIC!
To taki fajny, własny świat. Przykrywa szarość dnia, pomaga uwierzyć w siebie.
Jesteś w nim tym, kim chcesz. Czyż to nie cudowne?
(…)
…
Dokąd biec?
Gdzie Cię szukać?
Przypadek?
Czy przeznaczenie?
…
Ha, ha – nie chcę nic mówić, ale mój tata wykąpał się w płynie
do płukania tkanin (!?)
Marzena,
piątek wieczór
(…) Jestem zdołowana moimi ocenami i tym, co się dzieje wokół mnie. Jaka ja jestem dziwna… Zbyt uparta. To sorry. (…) Mam dość wszystkiego i już wiem, co robić, żeby to zmienić.
Pewnie to głupi sposób, ale chcę jakiejś zmiany, bo już dłużej tego nie zniosę. Więc jeżeli moje normalne zachowanie nie ma na nic wpływu, to będę się zachowywać inaczej, niż tego chcę
i niż się tego po mnie spodziewają inni. Może zrobię z siebie wariatkę, ale co mi zależy…
Przynajmniej może być ciekawie. I co wy na to? Wiem, jestem porąbana.
Jednak w pamiętniku zawsze będę zapisywać to, co czuję naprawdę i co naprawdę myślę.
No więc jutro pierwszy dzień mojej zmiany. Powodzenia.
7 listopad,
wieczór
(Małgorzata, w Marzeny pamiętniku)
To znowu Gocha. Mam wielkiego doła, ale postaram się nie budzić swym zachowaniem wątpliwości. Niestety bycie sobą nie jest łatwe i pewnie dlatego ryczałam dziś w szkole jak dziecko (…)
Wiesz… niektórych rzeczy to ja nie pojmuję. (…) Powiedz mi, Mrzi – jaki to ma sens – dlaczego MIŁOŚĆ, piękne chwile… przeradzają się w cierpienie? Gdzie znaleźć odpowiedź na takie pytania?
(…) Chyba mnie nie rozumiesz. (…) Jestem INNA, mam dziwne myśli, jakieś nietutejsze. Co mnie zmienia? Nie wiem! Nie potrafię poznać samej siebie – ledwo zdążę się podnieść, a znowu upadam. To pewnie kara, próba. Wiem, że nie mogę się załamywać. Nie potrafię (…) umiem jedynie PŁAKAĆ.
(…)
Ok, to tylko szczegół. Znów płaczę. Morze łez, a w środku okręt z zagubioną duszą… (…)
Dlaczego nie można
Przestać śnić?
O tym, co boli.
Gdzie to zostało?
Po co było?
Czego nauczyło?
Jak sens odnaleźć w zapomnianej chwili?
I po co myśmy
RAZEM tam byli!?
…
Gdybym była sama sobie
nie myślałabym o TOBIE.
Już by mnie tutaj nie było
i wszystko by się skończyło…
(o Tym u góry)
A najprościej o mnie – jedno ciało – milion światów.
P.S. Sorry Mrzicunia, że moja twórczość zajmuje strony Twojego
pamiętnika…
Marzena,
Piątek
Jest piątek. Wczoraj byłam u Angeli i było super. (…)
Marioli jak zwykle bije korba. (…) Mariola, idź na dobranockę, zamiast dobijać się do mojego pokoju, bejbi! Bez komentarza (!)
Marzena,
Poniedziałek
Jest fiza. Jestem chora. Zepsułam spodnie, nie mam kluczyka.
To się nazywa FART.
Małgorzata
(w Marzeny pamiętniku)
Co to za X-sy pani napisała na tej tablicy? Zadanie proszę pani?
Jasne. Ciekawe, komu się chce… Idę spać albo myśleć. O wszystkim.
(…)
Kiedy to było,
Gdzie by się zdarzyło,
By się przypomniało
W sercu pozostało!
Acha. I jestem DZIWNA. Nie myliłam się…
Marzena
Ja to już dawno wiedziałam.
(…)
Marzena, poniedziałek
Właśnie robię jakieś notatki z chemii. I tak nie zdążę się poprawić przed piątkową wywiadówką. Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać… Niby wszyscy mówią, że uczę się dla siebie (TYLKO) a jednak rodzice mają pretensje o złe stopnie. To niech sobie siedzą pięć dni w tygodniu po 7 w budzie, a potem jeszcze zakuwają na chacie!
(…)
Proszę, PADAJ, śniegu! Możesz zasypać drogę do szkoły i w ogóle wszystko!
Ja nie chcę iść jutro do szkoły! (…)
Przez te trzy miesiące od końca wakacji zapisałam tyle kartek.
I co z tego? Minęło TYLE czasu, a ja wciąż o NIM myślę. Chociaż wolałabym, żeby to się znowu zdarzyło, a nie tylko te głupie wspomnienia i myśli.
Każda chwila
nawet ta najkrótsza
jest w moim sercu.
Wszystko, co było
czego już nie będzie.
Przelotna, jak motyl
który usiądzie
po to
by za chwilę być gdzieś indziej…
…
Jestem, nie ma mnie.
Ta ciągła wędrówka ciała
to tylko pozory.
Bo myślami jestem
nadal TAM.
I nic nie jest w stanie
wyrwać mnie z tego
zapomnienia.
…
Jest wtorek i polski. Pani coś tam gada, a ja jak zwykle się nudzę.
Gośka rozpacza, bo chłopaki czytali jej pamiętnik. No to sorry.
Marzena
Poniedziałek, 29 listopada
Jest już prawie wieczór i jak na razie muszę powiedzieć, że moje urodzinki są spox. Dostałam fajne prezenty i życzenia i w ogóle ok.
(…)
Właściwie to ja jestem jakaś dziwna. I nie wiem, czemu się tak czuję. Chce mi się ryczeć, kiedy patrzę na swoje życie. Bo prawie nic nie układa się choć trochę tak, jak tego chcę. I to chyba przez to, że kompletnie NIC się nie dzieje i jest straszna monotonia.
Chciałabym BARDZO, żeby wreszcie coś się zmieniło, ale na razie nie zapowiada się na zmiany. Szkoda. Co można by zrobić, żeby ubarwić sobie nudne do granic życie?
Niedobrze mi, kiedy jest tak dziwnie (…) Co ja mogę zrobić?
Chyba tylko usiąść i czekać. Może do śmierci, która będzie jedynym wydarzeniem zmieniającym choć trochę moje życie. Muszę znaleźć sobie jakiś niezwykły cel, który
z wysiłkiem będę starała się realizować.
Tylko co?
Marzena
Poniedziałek, 6 grudnia
W szkole spoko. Wygłupiałyśmy się z Gośką na korytarzu i wywaliłyśmy się na podłogę, gdy przechodził Mateusz. Ale obciach…
Jestem sama na chacie i już trochę mi się nudzi. Zaczynam rozumieć Gośkę, która codziennie spędza popołudnia całkiem sama.
(…)
Dziś moi rodzice (a zwłaszcza tatuś) wkurzyli mnie na maxa. Niech sobie żyją w tych swoich latach 60. (nadal), ale u mnie jest XXI wiek i nie mam zamiaru im nadskakiwać.
Czy którykolwiek dorosły zrozumie zwykłą 15-latkę? Wątpię. Bo to już lekka przesada, co oni myślą.
Już nawet nie chcę tego pisać, bo poryczałabym się znowu ZE ZŁOŚCI i z tych prymitywnych i zacofanych poglądów. Ciekawa jestem bardzo, czy oni w moim wieku byli tacy idealni?
Chociaż to nie ma nic do rzeczy, bo po prostu brak mi słów. Bardzo rzadko, ale czasem są chwile, kiedy myślę o nich, że są okropni i chcą zrobić WSZYSTKO, żebym się załamała
i chyba zabiła. I myślę sobie tak: (Co zresztą powiedziałam kiedyś do nauczyciela od angielskiego o nim samym): to, że jest ode mnie trochę starszy, to wcale nie znaczy, że jest inteligentniejszy czy też mądrzejszy. A dorośli (plus moim rodzice) pewnie uważają się za IDEAŁY i ludzi, którzy NIGDY się nie mylą. Próbują nam to wmówić (za wszelką cenę), chociaż dobrze wiedzą, że to nie jest prawda ani trochę. Tyle że ja nie jestem taka głupia i już dawno skapowałam, jak to jest naprawdę. Uważam się za osobę inteligentną i niech mi ktoś nie wmawia głupot i na siłę nie usiłuje zrobić ze mnie idioty. Zresztą to wszystko świadczy o nich samych i pozostawię to bez komentarza, bo szkoda długopisu na kogoś (czy coś) takiego. I tyle. I swojego zdania nie zmienię nigdy, nawet gdy będę dorosła. Będę się starała rozumieć młodszych od siebie, przypominając sobie, jaka sama byłam kiedyś.
Mimo wszystko fajnie mieć 15 lat (…)
Marzena,
Wtorek
Po dzisiejszym dniu w szkole jestem zdołowana. Boże, czym ja sobie na to zasłużyłam? Dlaczego nigdy nie mogę postawić na swoim?
A zaczęło się od tego, że Gośka pojechała na konkurs. Kiedy wróciła, wszyscy zaczęli jej nadskakiwać i ją wychwalać. Ok, to jeszcze ujdzie, bo już się przyzwyczaiłam (…) W pewnym momencie usiadła koło mnie i powiedziała, żebym jej dała lekcje. Odpowiedziałam (a raczej zapytałam): „Czy nie mogłabyś sobie wziąć od Michała?”. Nie było to ze złości, ale w autobusie było dosyć ciasno i nie chciało mi się już robić tego całego „zamieszania”.
Poza tym dobrze wiedziałam (od niej), że codziennie się odwiedzają i zazwyczaj
się uczą. A Gośka? Wkurzyła się na mnie o to i poszła do siebie.
Myślę, że kilku osobom w autobusie zwaliła się z pretensjami na mnie, bo ich wzrok był później taki, jakbym co najmniej popełniła jakąś zbrodnię (!?) Potem Stanley, widząc mój humor, poszedł do niej dowiedzieć się, o co chodzi, a po rozmowie z nią (wolę nie znać jej szczegółów…) wykrzyczał mi w twarz: „co ty (…) do niej masz?”. Myślałam, że się rozryczę, gdy to usłyszałam (…) A dlaczego, przepraszam bardzo, to JA zawsze muszę być winna??? Czy ona jest naprawdę taka święta? (…)
Jakie to jest dziwne, że wszyscy są tacy łatwowierni i bez szansy wytłumaczenia uznają mnie za tą WINNĄ. Zawsze wolą wierzyć jej niż mnie. I to ja zawsze wychodzę na tę bezczelną egoistkę, tak jak dziś. A najgorsze jest to, że Gośka też mnie za taką ma, choć nie wie, jak to było. I gniewa się na mnie. (…)
Małgorzata (w Marzeny pamiętniku)
(…) Zdziwisz się pewnie po przeczytaniu mojego pamiętnika, którego opis dotyczy sprawy poruszanej przez Ciebie na poprzedniej stronie (albo z Twojego punktu widzenia).
Ale wiedz, że naprawdę się nie gniewam, było mi po prostu przykro (…)
…Jednak jeszcze nie skończę, przed chwilą gadałyśmy z Marzenką przez tel. I ja po tej rozmowie płaczę jak dziecko!
Sama siebie nie rozumiem i nie mam ochoty żyć…
A dlaczego? Bo wiem, że to wszystko, czym się teraz zamartwiam, kiedyś minie. I życie NICZEGO mnie nie nauczy, jeśli będę pochłonięta przez te codzienne sprawy. Mam ochotę rzucić gdzieś w dal te książki i zeszyty. Chociaż przez chwilę o tym nie myśleć!
Ale to niemożliwe…
Mało jest ludzi (albo w ogóle NIE MA) takich, którzy by potrafili cieszyć się z tego, co KIEDYŚ nadejdzie. Tak twardo stąpają po ziemi i trzymają się swoich głupich zasad. (…)
Powiedz mi, Mrzi – jakim prawem dorośli, włącznie z nauczycielami, każą nam zastanowić się nad sensem życia, za którym widzą jedynie przyszłą pracę zawodową!? Może to my – nowe pokolenie – powinniśmy czegoś ich nauczyć!? (…)
Mnie nawet rodzice nie rozumieją. A chyba to, że mam 15 lat, nie musi oznaczać, że gadam bez sensu. Kiedy wreszcie znajdzie się ktoś, kto doceni moją wartość?
Ludzie patrzą tylko dzień wstecz lub naprzód – i zapominają…
Żyją tylko po to, aby coś zdobyć. Ja taka nie będę – wiem to, choćby mi ktoś wmawiał, że
w moim wieku nie można mieć poważnego zdania na ten temat.
JA IM JESZCZE POKAŻĘ…
Dobranoc.
Marzena
Życie jest stanowczo za krótkie, żeby przejmować się błahostkami, jakie czasem stawia nam na drodze. Przecież nigdy nie ma sytuacji bez wyjścia i ważne jest, aby wybrać to najlepsze
z możliwych.
Nie jest ono trudne do znalezienia, trzeba tylko trochę pomyśleć.
Wyobraźnia może zdziałać cuda. Nie wolno tylko przestać myśleć pozytywnie i należy ułożyć myśli na swoich miejscach. Po kolei.
I wszystko jest prostsze.
(W domu)
Po przeczytaniu pamiętnika Gośki czuję się jak wrak człowieka.
Czy ja naprawdę jestem takim potworem!? Miałam wrażenie, że to nie było o mnie, ale niestety.
Smutno mi, że Gosia tak mnie postrzega i pisze, że robię wszystko, aby pokazać jej, że mam ją gdzieś. Przecież to nieprawda! Gdybym chciała to zrobić to… wolę nie pisać (…)
…
I PO CO TO WSZYSTKO?
Czemu, Boże, stworzyłeś miłość bez wzajemności… To jest takie smutne.
W tej łzie
pozostawiłam
kawałek mojego życia.
I dobrze.
Ta sama myśl może wywołać we mnie tysiąc różnych uczuć. To zależy od sytuacji. Lubię o tym myśleć. Czyżby to była miłość? Tylko nie to. Żal mi ludzi, którzy zaznali miłości bez wzajemności, bo sama wiem, jak to jest. Osoba, która kocha, chwilami przeżywa niewyobrażalny smutek, ból, niechęć do życia i do samego siebie.
Osoba, która jest kochana, nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że to wszystko ona wywołuje. Nie ma pojęcia, że czuje się do niej miłość, a jednocześnie nienawiść. Nie wie NIC. To chyba dobrze.
(…)
KIM JA JESTEM???
Marzena, 21 grudnia
Ja płaczę. Myślę o Kamilu. I o tych dyskotekach. To było NAPRAWDĘ,
chociaż nie wiem – jakbym w to wątpiła. To wszystko się działo! On tam był. Był ze mną. Pamiętam go już nie tak dokładnie, ale tych kilka scen z dyskotek nie da się wymazać z pamięci.
To dobrze. Bo to było takie CUDOWNE (…) Pamiętam go siedzącego za komputerem i wtedy, kiedy mnie tak pięknie obejmował, i kiedy byłam dla niego taka ważna. Czułam obok siebie jego ciepło, jego ciało, jego cudowny dotyk. To był chłopak.
Prawdziwy. Idealny. Chcę go zobaczyć. Choć przez chwilę. Chcę, żeby nadal ze mną był, całował mnie tak jak wtedy, chcę, żebym znowu czuła się tak… tak pięknie. Ja z nim byłam. Tylko ja. Żadna inna. (…) Jestem pewna, że takiego czegoś nie przeżyję już nigdy
w swoim życiu. Takiej przygody. Wakacyjnej miłości. Bo Kamil był jedyny i wyjątkowy, nikt mu nie dorówna.
Gdzie on jest? Blisko, a jednocześnie tak daleko… (…)
Marzena,
1 stycznia 2005
Dzień dobry! No więc mamy nowy rok! Może zacznę od moich noworocznych postanowień,
a później napiszę, jak go przywitałam.
W 2005 roku postaram się być (nie) zwykłą dziewczyną. Dobrą uczennicą, grzeczną córką, fajną koleżanką. I obiecuję sobie, że zacznę walczyć o to, co chcę i nie będę zbytnio przejmować się problemami i będę się modlić.
Ciekawe, czy to prawda, że kolejny rok będzie taki, jaki był Sylwester? Jeżeli tak, to… no cóż… zapowiada się całkiem nieźle!
Spędziłam go u Angeli z moimi kumplami. Było znakomicie! Głośna muza, taniec, fajni ludzie
i extra zabawa. Impra rozpoczęła się o 20 i trwała do 3.30 (…)
Wolę nie myśleć, co mówią na mój temat rodzice Gośki i moi sąsiedzi. Katastrofa. Zakaz przyjazdu do niej na minimum 100 lat.
Małgorzata,
1 stycznia 2005
Bardzo fajnie spędziłam sylwestra i to w miejscu, którego się nie spodziewałam…
Nie wiedziałam, że tak wszystko się zakończy, bo wydarzyło się wczoraj coś, co wprawiło mnie w stan załamania.
Nie spodziewałam się tego po niektórych osobach… Właściwie po nikim się tego nie spodziewałam… (…)
Kiedy tak siedzę i słucham muzy, mam w oczach pełno łez…
Nie mogę się pozbierać po tym, jak potraktowały mnie moje – wydawałoby się – najlepsze koleżanki. Co ja im takiego zrobiłam?
Chyba nigdy nie znajdę już wśród dziewczyn przyjaciółki dla siebie.
(…) Mam po prostu DOŚĆ. Ciekawe, czy one pomyślały, że mogą kogoś skrzywdzić w ten sposób? Pewnie i tak ich to nie obchodzi (?)
(…) Nikt mnie nie rozumie, mam tyle spraw, o których chciałabym z kimś pogadać… I nie mam już z KIM! Słowa Jana Pawła II:
„Nie odpowiadaj złem na zło, ale zło dobrem zwyciężaj”, mają dziś duże znaczenie…
Tu piękne nie wzrasta,
Samo z siebie potrafi.
W najmniej spodziewanym momencie…
Małgorzata, Środa
Mój dzisiejszy dzień – „ …“
Dobranoc.
(To była totalna załamka! Na matematyce nie wytrzymałam i wybiegłam z klasy z płaczem. Miałam gdzieś te wszystkie reguły i to, co powiedzą inni. Nauczycielka była w szoku i za mną… POBIEGŁA.)
Małgorzata,
Poniedziałek, 17 stycznia 2005
Przepraszam, że nie piszę. Chyba nie mam o czym – albo i mam, ale… no nic zresztą…
To znaczy to, co opisałabym, może nie ma dużego związku z obecnością, a jak powszechnie wiadomo – „życie toczy się dalej…”. (…)
Małgorzata,
Niedziela
(…) Nie mogłam dziś spać. Leżałam i patrzyłam w okno – było tak pięknie na zewnątrz…
(w łóżku)
Sama już nie wiem, o czym pisać. Chyba nudzi mnie ta codzienna rutyna… Ale znowu gdybym zaczęła pisać o tym wszystkim, co mnie tak naprawdę interesuje, to dziwnie by to zabrzmiało…
Zresztą, nie mam na to teraz czasu (…)
Wielki świat
pojmuje dusza
wszystko w koło ją porusza.
Smutek
radość mą zabiera
i szczęście
w sercu zamiera…
Ile jeszcze trzeba to znosić? Chciałabym być znów taka radosna jak dawniej. Muszę się wyżalić. Ale już nie Tobie, pamiętniku…
Dobranoc.
Małgorzata,
Poniedziałek (w domu)
Nie myśl, pamiętniku, że jest lepiej. Bo nie jest, ale nie można tak wiecznie się zamartwiać… Życie JEST piękne. Wiem to, chociaż nie zawsze wszystko układa się po mojej myśli…
Nie można mieć wszystkiego.
…
Czytałam dziś książkę ,,Życie po śmierci”. Wiem teraz coś, nad czym często się zastanawiałam. Każda kolejna książka daje coś nowego.
Przykryj się łzą,
tak w kącie ciszy.
ON cię pocieszy,
gdy płacz usłyszy…
…
I przepraszam,
że zwątpiłam,
że miła przez to nie byłam.
Zapomnę o tym,
co się stało.
Życia przecież dano tak mało…
(…)
Na piątkowym w-f, doznałam fajnej sytuacji, ale nie potrafię jej opisać. To tak jakby „być” – ale „nie być” jednocześnie. Miłe w każdym razie.
Dobra, wiem, że dziwnie piszę, ale ja to lubię (nie dziwne pisanie, ale sytuacje, których tak pełno wokoło).
… No więc polski jest.
Wszyscy już śpią…
Za oknem śnieg – biały, niczym światło, piękna dusza.
Chyba nie moja, bo zapłakana,
Ciemna od rana…
Skończ z tym nareszcie
– uśmiechnij się WRESZCIE!
…
Zegar w dali
gdzieś ujrzałam.
– CZAS UCIEKA,
pomyślałam…
Mija,
leci,
życie chwali.
Mnie pozostawia w oddali…
Kolejna wena ujawniona w szkole. To dziwne, że tutaj zawsze jest coś do opisania…
Małgorzata,
Środa
Lecą gdzieś te dni tak szybko… Dzisiejszy dzień był trochę śmieszny. Przed lekcją znów czytałam książkę ,,Życie po życiu”, a ciekawość nauczyciela od historii, który chciał zobaczyć, co mnie tak wciągnęło, została nagrodzona wyrazem twarzy, który przypominał co najmniej szok w jego osobie.
(…)
Małgorzata,
Niedziela (28???)
W piątek w nocy nie mogłam spać… i hmm… i tak mi nikt nie uwierzy… dla mnie to horror jakiś był (…) I nikt mi nie będzie mówił, że zwariowałam, bo ja to chyba wiem najlepiej.
Nie muszą mi wierzyć.
Ważna własna świadomość…
Tak mało kto
ceni,
że KIEDYŚ się zmieni.
By RADOŚĆ trwała,
nie chwila mała.
Małgorzata,
Piątek, 4 lutego 2005
(…) Już tydzień ferii za nami. Co ja robiłam przez te 7 dni (!?)
Chyba nic? Mi to – szczerze powiedziawszy, wystarczy kilka pustych kartek i spokojny kąt.
I zawsze coś wymyślę… (…)
Zaraz się rozłożę na tym moim łóżku jak na chmurze myśli, a tata zerknie zaciekawiony do pokoju i zapyta: „Co robisz, Gosia?”.
Małgorzata,
Niedziela, 6 lutego (noc)
Byłam dziś u Marzki. Pewne rzeczy, o których się od niej dowiedziałam, po prostu wprawiły mnie w stan szoku. Dziwne, że ja zawsze jestem wszystkiego winną ofiarą (że już tak określę). Dlaczego nikt nigdy nie wysłucha tego, co ja mam do powiedzenia? (…)
To, że jestem tolerancyjna – jest odbierane w naszym fałszywym świecie jako wada. Być tu docenianym, to być – złym i zawistnym, wywyższającym się, palącym, pijącym i robiącym rzeczy, których nigdy nie robiłoby się z własnej woli. To część moich znajomych i ludzi, których poniekąd znam tylko z widzenia. (…)
Wędrówka niepokornego życia
targana
wichrem zawiści.
Krok do tyłu
– i nie wiem już,
czym sen różni się od rzeczywistości…
…
Świat domysłów
– Prawdę już dawno pochowano…
I nie narzucam nikomu swoich poglądów. TU potrzeba wielkiej wiary, aby naprawdę być szczęśliwym. Nie wiem tylko, skąd wziąć na nią SIŁĘ.
Małgorzata
Poniedziałek, 7 lutego
(…)
Rodzice znowu gdzieś jadą, a my sami zostajemy. (…)
(…) Na razie. Poszukam własnego cienia.
Tak mały kawałek
ucieka ze zmrokiem.
Chwyta noc,
pamięci resztki…
Zatarł już wiatr
ostatni krok.
Tam mnie już NIE MA…
Małgorzata,
Sobota, 12 luty
(…) Mam w ostatnich dniach doprawdy ciekawe zajęcie – zajmuję się reprodukcją obrazu
P. Picassa pt. „Panny z Avignon”.
Oczywiście w celach szkolnych.
Osobiście uważam kopiowanie dzieł innych twórców jako całkowity brak wyobraźni (kopiującego), mogący wynikać z niedoceniania własnych starań, a podziwiania dzieł innych.
(…)
Zastanawiam się właśnie, czy nie wybrać się jutro do Mrzicy???
Poniedziałek,
14 lutego (Marzena, w pamiętniku Małgorzaty)
Nie wiem, co by tu napisać, bo moja osoba raczej nie pasuje do tego pamiętnika. Ale postaram się.
Wiesz, może lepiej napiszę Ci list, zanim zacznę tu bredzić…
Małgorzata
Wtorek 15 lutego
(…)
Za oknem znów zima. Taki widok podnosi na duchu. Nie to, co szare błoto i deszcz roztapiający śnieg…
Ostatnie krople wspomnień
tańczą za szybą.
Dzień odszedł.
goniony, przeszły
przykryty
tarczą nocy…
Małgorzata
Niedziela, 27 lutego
Widziałam się dziś z Mrzicą w kościele i pytała, czy do niej przyjadę.
No cóż, może w przyszłym tygodniu? (…)
Wracałam z Rafałem (ups!), Michałem, Łukaszem i Sebastianem. Myślałam, że zabiję Łukasza, bo rzucał takie pytania, że chciałam zapaść się pod ziemię, a moje płonące oblicze przypalało tapicerkę samochodową… (Nie daruję mu tego!)
(późno, bardzo późno)
No cóż – w tym momencie to akurat wybieram się do spania.
Byłam dziś u Michała. Rafał chyba na serio odebrał sobie te słowa Michała, bo na mój tekst tłumaczący całe zajście tylko tajemniczo się uśmiechnął (całe szczęście, że trzymałam się szafki, bo bym jeszcze spadła ze schodów – no wiecie, ten uśmiech Rafała, ma w sobie
COŚ…)
(…)
Małgorzata,
Poniedziałek, 28 lutego
Niedawno skończyłam gadać z Mrzicurą przez telefon. Teraz w zasadzie mam zamiar się uczyć, ale nie mogę się skoncentrować.
(???) Tak a propos, to rodzice jeszcze w pracy.
(…)
Za oknem znów ZIMA. Nie przymraża uczuć (całe szczęście).
A moje, to już częściowo zakopane i jeśli ich KTOŚ (?) nie odśnieży, to chyba skończę
w zakładzie psychiatrycznym…
Sama już nie wiem, co myśleć. (?)
(po 20)
Uczyłam się chemii i zrobiłam sobie mały przerywnik na pamiętnik. Gubię się już w oceanie moich myśli, a chyba NIE są one pozytywne.
Dlaczego nigdy nie można być szczęśliwym? Tak do końca?
Wykańcza mnie powoli ten pościg za lepszym dniem, ale CZEGO ja mam chcieć tak właściwie??? Dziwny jest ten świat, nie mniej dziwaczni i ludzie z tej ziemi. Nie rozumiem,
o co chodzi, a te dni tak szybko uciekają – zaczynasz tydzień, aby go skończyć za chwilę
krótką jak sekunda!
Ksiądz powiedział coś mądrego na kazaniu: „Codziennie powinniśmy myśleć o tym, że kiedyś będziemy żyć wiecznie”.
Mądre, ale ja już od dawna to wiem – w pewnym sensie to moje życiowe motto, ale niestety nie można sobie tak całkowicie pozwolić na życie własnym światem.
Zresztą – chyba nie byłoby to przyjemne.
No dobra. Gdybym miała to opisać, to znaczy te myśli moje, to ten pamiętnik stałby się „myślnikiem” chyba. Na razie zamknę ten temat i wrócę na ziemię. (…)
Ciekawe, czy żyje na tym świecie jakiś NORMALNY chłopak?
Może ma się szczęście tak blisko (w końcu to tylko te 2 domy dalej), a nie wie się jeszcze, jak je wykorzystać? He he… Chciałam tylko stwierdzić, że Rafał to bardzo przystojny facet. (…)
Chyba rozpadam się na małe kawałki…
Małgorzata,
Poniedziałek, 7 marzec 2005
Niby powinnam być w szkole, ale nasz autobusik nie przyjechał, bo świat zasypało. Wiedziałam, że tak będzie. Zresztą, kiedy szłam wczoraj spać, powiedziałam siostrze, że „jutro nie będę w szkole”.
Ma się ten szósty zmysł (…)
Losu
wciąż niepoznanego,
świata zgiełku,
tak ważnego.
Szukaj dalej,
aż do celu.
Pośród chwil przeżytych wielu…
(później)
Nie wiem, która godzina. W każdym razie jest już noc. Uczę się chemii, ale co chwilę jestem gdzieś indziej. No chyba wiadomo gdzie…
Wczoraj w ostatniej chwili opamiętałam się, żeby nie zostawić małej karteczki
z namalowanym sercem w książce Rafała…
Ciekawe co on by na to?
Głowa mnie boli… Nie mogę dziś normalnie funkcjonować, przez co nie wiem,
CO TU SIĘ W OGÓLE DZIEJE…?
Może to już sen?
Wtorek,
8 marca
Może to kolejny sen, złudzenie, że nie jestem w szkole? Co to się dzieje na tej ziemi? Michał miał mi coś powiedzieć i poszedł do domu. Ciekawe, czy zadzwoni? (…)
P.S. Przydałoby się podziękować Bogu za wysłuchanie moich próśb – modliłam się, żeby autobus nie przyjechał… i tak też się stało.
Wczoraj leciałyśmy z Kasią do sklepu. Było już późno, a ja w drodze uczyłam się na głos:
„Metan, Etan, Propan, RAFAŁ, Butan…”
Kaśka śmiała się z tego, ale co w tym jest ŚMIESZNEGO (?) to ja nie wiem.
Małgorzata,
Środa, 16 marca
Przez kilka dni z pustką w duszy. Smutno bez myśli na kartkach.
(…)
Mgła oczy
Zakrywa.
Dusza gnębiona.
Bezradna świadomość
powrotu szuka!
Małgorzata,
Czwartek, 17 marca
Która godzina? I czemu ja w ogóle spałam? Nie wiem. (…)
Za mgłą widzę
czas
– który minął.
Serce ciśnie ta tęsknota.
Gdzieś w dali
szczęście moje
POCHOWALI.
(noc)
Ksiądz był dziś u rodziców, a po mszy ja byłam u niego na plebanii na herbatce.
Małgorzata,
Niedziela
Nie wiem czemu, ale nienawidzę tych wieczorów niedzielnych. Zawsze ogarnia mnie tak paniczny strach, że trudno sobie z nim radzić. To znaczy – właściwie to jest to niemożliwe.
To tak – jakby coś od wewnątrz próbowało mnie zniszczyć. Nienawidzę tego uczucia! (…)
Środa,
23 marca 2005
(wieczór)
Niby tak odległe te słowa, kiedy powiedziałam, że tak bardzo chciałabym już tego weekendu.
A to wszystko tak szybko zleciało…
Dziś w szkole było nawet fajnie. A „nawet” odnosi się do pewnego incydentu. Przynajmniej dzięki niemu przestanę się raz na zawsze łudzić, że kiedykolwiek miałam prawdziwą przyjaciółkę…
I na pewno nie będę nikogo przepraszać, bo to zawsze ja jestem WINNA. Jeżeli ktoś tak uważa,
to może zapomnieć o znajomości ze mną, tym razem nie będę taka głupia i przestanę się tłumaczyć jak Bogu przy spowiedzi. (…)
WIELKI Piątek
Tak to już na tym świecie bywa, że wszystko człowiek wraz z chwilą traci. Zaczynając od nic nie wartego spalonego samochodu (tak – nasz samochód dziś spłonął), przechodząc poprzez zrujnowaną przyjaźń i na rodzinie kończąc. O BOŻE – ile jeszcze sił mogę z siebie wycisnąć – ile znieść!?
MAM DOŚĆ! Chciałabym tak krzyczeć, a potrafię tylko płakać…
Jestem SAMA. I mnie dość mają niektórzy. Znieś tę krótką chwilę – po raz ostatni…
Nie siebie
szukam.
I życie umyka…
Dalej niż koniec!
Mniej już
zostało,
jednak
– nie mało!
Sobota,
2 kwietnia
Piąte urodziny Pawełka – ależ ten czas leci. Zjadłyśmy z Kasią kawał pysznego tortu. Za oknem piękna WIOSNA. Tyle się na nią czekało. (…)
Co porabiasz, Marza?
(później)
Jest już ok 1 w nocy. Właśnie kładę się spać. Świat ogarnęła żałoba – nasz papież NIE ŻYJE.
I odchodzą
gdzieś do Boga.
Kończy się
życiowa trwoga.
Wiedzą już umarli,
jaki szczęścia smak
– kiedy w życiu będzie tak?
I tak czekać
pozostało.
Czasu ciągle
TU zbyt mało…
Małgorzata,
Poniedziałek, 4 kwietnia
(…)
Zastanawiałam się dziś nad słabością człowieka. To dziwne – jest świadomy – lecz tak słaby zarazem. I płaczem obmywa cierpienie z serca.
Wielu rzeczy nie mogę pojąć, bo umysł ludzki otwiera się na sprawy rzeczywiste – tak mało
w nim miejsca na głębsze myśli…
Gorzka radość dookoła,
tworzą wszyscy błędne koło.
Chyba wyrwać się stąd trzeba,
iść wysoko… gdzieś do nieba…
Polski jest właśnie. Pani nawija.
KIEDY SIĘ DZIEŃ SKOŃCZY?
Trochę dość
– mało świadomie
Czemu zło tak,
dnia każdego
– sens skrada
do upadłego?
I dość masz
zgiełku ciągłego.
I dość masz
SIEBIE SAMEGO…
(W domu)
Wiecie, z kim wracałam ze szkoły…?
Z Rafałkiem… Opowiadał coś i jak zwykle pięknie się przy tym uśmiechał. Myślałam, że wejdę pod nadjeżdżający samochód – zresztą, wszystko jedno mi było, tak na mnie podziałał…
Małgorzata,
Poniedziałek, 18 (?) kwietnia 2005
Taki nie lany, ale jednak dzień zalany.
Ja – łzami,
świat – deszczem,
a Michał – wódą…
Przepraszam, że kończę szybciej, niż zaczynam, ale brakuje mi – wciąż mi brakuje CZASU (!)
Tak szybko
czas mija.
Tak życie
ucieka,
A szczęście gdzieś czeka.
I radość
Człowieka…
Małgorzata,
Wtorek, 3 maja
(…)
Noc. Wydaje mi się, że dziś niedziela, a tu przecież jutro środa.
(…) Ja zaczynam ŚNIĆ. Życie całe śnię. Nie zauważyłam, że czas mija.
Może to i lepiej…
Szkoda, że nie byłam na religii w piątek. Nie wiedziałam, że mam tyle wspólnego z niektórymi tematami. Wreszcie się wyjaśniło.
Pisałam już o tych myślach. Nie były one wytworem mojej wyobraźni. NIESTETY – nie były.
Ciekawe co mnie jeszcze może zdziwić???
… Tak, może coś jeszcze –
choćby fakt, że już po 22, a moja książka do historii nadal „zakurzona”. Dobranoc.
Małgorzata,
13 maja, piątek
Głupi by powiedział, że przesądy mówią o pechu w tym dniu. To był najgorszy piątek 13, jaki kiedykolwiek przeżyłam. Dziś w nocy powiesił się mój kolega (!)
Do tej pory nie mogę uwierzyć, jak to w ogóle możliwe… (…)
Małgorzata,
Poniedziałek
Niedawno wróciłam z kościoła. I uczę się chemii. (…)
W środę jest pogrzeb Tobiasza… Coś strasznego po prostu. Dopiero teraz w to tak naprawdę uwierzyłam.
Pomyśl – patrzysz na kogoś, z kim kiedyś żartowałeś, a teraz widzisz bezwładne ciało okute
w trumnę i odchodzące w ziemię…
Ciągle słyszysz tylko pytanie: „DLACZEGO”, a odpowiedzi już nigdy się nie dowiesz…
No mówię, że NIE ROZUMIEM.
Biegiem przyjdzie.
Nieproszona.
Rzuci garścią piasku,
aby przestali
RADOŚĆ
zauważać…
Małgorzata,
Środa
Nie pytaj, jak się czuję, pamiętniku. To okropne żegnać swojego kolegę. Kiedy niesiona trumna otarła się o moje włosy, wiedziałam, że chciał powiedzieć mi ostatnie „żegnaj”. Deszcz mówił sam za siebie. W momencie, gdy trumna miała być włożona do grobu, pracownicy zakładu pogrzebowego musieli przerwać pracę, bo zaczęła dosłownie RZEKA płynąć z nieba!
Świat płacze po Tobie! Dlaczego to zrobiłeś, Tobiasz…???
Małgorzata, Niedziela
Skacząc tu i tam, puszczam w zapomnienie wszystkie piękne chwile. Ulotne jak wiatr zresztą… Trochę ich było w ostatnim czasie…
(…)
Płaszcz przyniesiony wiatrem nocy
– zaklęta myśl kołacze w głowie.
Jak cichy strumień wciąż dalej zmierza,
ból Twój uśpiony wstaje na nowo.
Czyż bez niczego za oknem świat,
gdy ludziom już czasu na wszystko BRAK…
WKRACZAJĄC W DOROSŁOŚĆ
Mam nadzieję, że fragmenty zamieszczonych dzienników pozwoliły poznać czytelnikom, iż zarówno ja, jak i Marzena nie byłyśmy zwykłymi, przeciętnymi nastolatkami.
Zapiski dogłębnie uzmysławiają odbiorcom, z jakim zapałem poszukiwałyśmy prawdziwego sensu życia, jak ogromną wrażliwość przejawiałyśmy na otaczający nas świat oraz nieprzerwanie dążyłyśmy do uzyskania odpowiedzi na stawiane od wczesnych lat życia pytanie – KIM TAK NAPRAWDĘ JESTEŚMY?
Opisywane wydarzenia przytaczałam w oryginalnej pisowni.
Po zakończeniu gimnazjum, oczywiście z rewelacyjnymi wynikami, obie wybrałyśmy tę samą szkołę średnią. Trafiłyśmy również do wspólnej klasy, o wybranym wcześniej biologiczno-chemicznym profilu. W miarę upływu czasu stosunki pomiędzy nami stały się jednak nieco inne niż w cytowanych fragmentach pamiętników.
Każda z nas odnalazła w nowym środowisku indywidualną bratnią duszę, która była nam wówczas bliższa niż my sobie od tych wczesnych, szkolnych lat. W pewnym momencie straciłyśmy z sobą tę rewelacyjną relację i coraz mniej o sobie wiedziałyśmy…
Muszę jednak przyznać, że LO było ogromnym, niekoniecznie pozytywnym etapem zmiany, zarówno w moim, jak i Marzeny życiu. Z wzorowych uczennic, które dotychczas kończyły każdą klasę z czerwonym paskiem na świadectwie, przeistoczyłyśmy się w roztrzepane nastolatki, robiące wszystko, aby tylko uniknąć obecności na lekcjach. Bardzo dużo wagarowałyśmy, co mocno rzutowało na opinię, jaką mieli o nas zarówno nauczyciele, jak
i koledzy oraz koleżanki z klasy. Te trzy lata szkoły średniej to jednym słowem czas totalnej swawoli i notorycznego unikania szkolnej ławy.
Nie wiem w zasadzie, skąd ta drastyczna zmiana, ale zarówno ja, jak i Marzena po prostu totalnie zmieniłyśmy dotychczasowe podejście do otaczającej nas rzeczywistości.
Z perspektywy czasu mam delikatne wyrzuty sumienia, że tak beztrosko podjęłam temat szkoły średniej.
Z drugiej jednak strony, nie wydarzyło się wówczas nic takiego, co mogłoby mocno rzutować na rozpoczęcie w przyszłości studiów oraz sensownej pracy, więc też jak gdyby nie ma większego sensu głębiej rozczulać się nad tym.
Konkretny opis szkoły średniej nie wniesie do publikacji niczego, co byłoby pomocne dla wyjaśnienia kluczowego problemu, jaki chcę podjąć na kolejnych stronach książki, dlatego też pomińmy ten etap, aby nie tworzyć dodatkowych wątków pobocznych.
Chociaż nie wykluczam, że takowe również mogłyby być interesujące – zasadniczo jak całe moje i Marzeny życie…
W 2008 roku pisałyśmy maturę, wówczas również straciłyśmy z sobą kontakt na długie lata,
a co najważniejsze w tym roku tragicznie zginęła siostra Marzeny – Mariola, która to pewnej czerwcowej nocy została śmiertelnie potrącona przez kierowcę prowadzącego pojazd pod wpływem alkoholu.
Wówczas nie wiedziałam jeszcze, że to wydarzenie tak mocno odbije się na moim przyszłym, dorosłym życiu…
MARIOLA
Zawsze uśmiechnięta, roześmiana, pełna charyzmy i radości istnienia. Lubiła zwracać na siebie uwagę, wyróżniać się z szarego tłumu. Wszędzie było jej pełno. Miała w sobie niezliczone pokłady energii. Była dobrym rozmówcą i uważnym słuchaczem. Niesamowicie wrażliwa na krzywdę innych. Nie do końca lubiła mówić o sobie samej i osobistych problemach. Czasem do granic tajemnicza, pozostawiająca rezerwy terytorium własnej tożsamości, do której tylko ona miała dostęp. Moja wieloletnia przyjaźń z Marzeną była jednocześnie okresem naszych intensywnych spotkań – nie tylko w szkole, ale i poza nią. Byłam nadzwyczaj częstym gościem w rodzinnym domu dziewczyn. Stąd też znałam siostrę Marzeny – Mariolę, która lgnęła do naszego towarzystwa przy każdej możliwej okazji. Z perspektywy czasu nie mogę powiedzieć, że łączyły nas jakieś szczególne więzi, bo tak nie było. Tak naprawdę, te dwa lata różnicy wieku są ogromną przepaścią pomiędzy nastolatkami. Ja i Marzena miałyśmy wówczas wspólny, indywidualny świat, a Mariola obracała się zwykle w towarzystwie swoich rówieśników. Zazwyczaj występowałam pomiędzy nimi w roli osoby łagodzącej spory. Czułam, że Mariola szukała ze mną kontaktu między innymi po to, aby poskarżyć się na stosunki pomiędzy nią,
a jej starszą siostrą. Często to bycie „pośrodku” nich było dla mnie dość problematyczne – nie wiedziałam wówczas, jak mam się zachować, żeby nie zranić Marioli, ale również nie urazić przyjaciółki zbyt dużą stronniczością.
Pewnego popołudnia odwiedziłam Marzenę. Miałyśmy w planach zajęcie się pewnym projektem – standardowo robionym w celach szkolnych. Szybciutko uwinęłyśmy się z tym obowiązkiem i jak zwykle zaczęłyśmy „szaleć”. Tym razem związałyśmy sobie włosy na samym czubku głowy, śmiejąc się, iż jest to najnowszy trend mody zwany „śmigłem”. Podkręciłyśmy muzykę na maksymalną głośność i zaczęłyśmy skakać po łóżku, kręcąc jednocześnie głowami i zanosząc się ze śmiechu. Po chwili dołączyła do nas rozbawiona Mariola. Zabawę przerwała w pewnym momencie wchodząca do pokoju mama dziewczyn, którą zastanowił rozlegający się po całym domu hałas dochodzący z piętra. Spojrzała badawczo na nasze wygłupy, rzuciła okiem na fryzury, które miałyśmy na głowach i roześmiała się razem z nami… Tego wieczoru moja przyjaciółka źle się poczuła. Przeprosiła mnie i wcześniej położyła się spać w salonie. Mariola zapytała wówczas, czy może nocować ze mną w pokoju Marzeny. Oczywiście zgodziłam się. Minęło zbyt wiele lat, abym dokładnie pamiętała, o czym rozmawiałyśmy tej nocy do bardzo późnych godzin. Wiem jednak, iż zrozumiałam wówczas, że Mariola, pomimo pozornej, ogromnej radości, jaką emanowała do wszystkich otaczających ją ludzi – jest bardzo wrażliwą i bogatą duchowo dziewczyną. Zwierzała mi się z pewnych problemów, ukradkiem roniąc łzy i narzekając na spotykające ją przykrości. Kolejnego dnia Marzena nadal źle się czuła i wolała zostać w domu, więc ja i Mariola miałyśmy wspólnie wybrać się na pobliski przystanek, aby oczekiwać przyjazdu szkolnego autobusu. Tego ranka przebudziłam się dość późno. Otworzyłam oczy i spojrzałam w prawą stronę. Mariola nie spała i patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczyma. Panikując, zapytałam ją, dlaczego mnie nie obudziła, ponieważ myślałam, że zaspałyśmy. Ona odpowiedziała z zawadiackim uśmiechem:
– Spałaś sobie tak ładnie, jak aniołek, nie chciałam cię budzić…
Tak jak wspomniałam – zdecydowanie bliższe relacje miałam z Marzeną. Jednocześnie jednak naprawdę uwielbiałam jej siostrę. Mariola wręcz rzucała się na mnie, gdy nie widziałyśmy się dłuższy okres czasu. Potrzebowała bliskości, utwierdzania się w przekonaniu, że jest w pełni kochana i akceptowana. Mocno tuląc się do mnie, mówiła, że już mnie nie puści. Często podkreślała, że jestem dla niej jak druga siostra. Dało się odczuć ten ogrom miłości, którą dziewczyna chciała obdarzyć tak naprawdę każdego napotkanego na swej drodze człowieka. Domagała się ciągłej uwagi, zainteresowania.
Nie lubiła samotności. Wiecznie roześmiana, w biegu, miała milion pomysłów, które chciała wcielać w codzienne życie, aby nie było ono tak szare i monotonne. Miała przed sobą tak wiele… Pragnienia, które chciała zrealizować, marzenia, które mobilizowały ją do pracy nad sobą. Nie wiem, czy zdawała sobie sprawę z tego, że tak szybko opuści ten świat. Przeżyła tylko 17 lat…
Patrząc na rozwój wydarzeń, który tak mocno wplatał się w moje codzienne życie po jej tragicznej śmierci, zastanawiałam się bardzo często, czemu ona wybrała właśnie mnie. Doszłam do wniosku, iż pewnie dlatego, że wiedziała o moich niecodziennych predyspozycjach. Dość często wspólnie poruszałyśmy przecież ten temat. Jednak to, co mam na myśli, nakreślę
w dalszej części książki.
TRAGICZNY DZIEŃ
Ciepły, czerwcowy wieczór 2008 roku. Srebrzysty blask księżyca rozświetla przydrożne pola, łąki i lasy. Ja, siostra i mój chłopak mamy chęć zaczerpnąć nieco rozrywki. Zmierzamy więc do pobliskiej miejscowości, w której odbywa się dyskoteka. Łukasz prowadzi.
W samochodzie panuje gwar i atmosfera zabawy. Docieramy na miejsce. Dość stary, niezbyt reprezentatywny budynek przyciąga w swe progi masę osób – okolicznych mieszkańców i tych, którzy pokonują wiele kilometrów, aby się tutaj znaleźć. Wchodzimy do lokalu. Zmierzamy drewnianymi schodami w górę. Na sali jest tłoczno i duszno. W powietrzu unosi się kurz,
a muzyka gra tak głośno, że z trudem możemy się między sobą porozumieć.
Trzymam Łukasza za rękę. Razem przeciskamy się przez tłum ludzi, próbując dotrzeć na drugi koniec budynku, gdzie dostrzegam grupkę znajomych osób. Jesteśmy już przy drewnianej ławce stojącej na końcu sali. Obok mnie dostrzegam kilka znajomych twarzy, wśród nich Mariolę. Ujrzała mnie. Wita się ze mną radośnie, zarzucając mi rękę na szyję. Jest razem
z koleżankami. Piją piwo, tańczą… Mariola zaprasza mnie do wspólnej zabawy. Bardzo głośna muzyka nie pozwala nam prowadzić dłuższej konwersacji. Przez chwilę bawimy się razem.
Tego wieczoru – nie wiedzieć czemu – nie mam ochoty tańczyć. Równie szybko jak się tam pojawiliśmy opuściliśmy lokal. Nie pamiętam, która była godzina. Może 23:00, może 24:00.
Na schodach wejściowych słownie pożegnałam się z Mariolą. Stała tam, trzymając w rękach telefon i patrząc w ekran. Prawdopodobnie pisała do kogoś wiadomość tekstową. To był, jak się później okazało – ostatni raz, kiedy widziałam ją żywą…
Chwilę później ja, siostra i Łukasz, udaliśmy się w drogę powrotną do domu.
Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że tragedia, która nieuchronnie miała wydarzyć się tego czerwcowego wieczoru, będzie tak dobitnie manifestować się w moim życiu przez kolejne, mijające lata.
Tej nocy bardzo źle spałam. Wraz z siostrą zdecydowałyśmy się nocować w domu rodzinnym. Wspólnie położyłyśmy się do łóżka – jak za starych, dawnych lat. Standardowo rozmawiałyśmy dłuższą chwilę i zmęczone szybko zasnęłyśmy. Po pewnym czasie, ok. godziny 2:00 w nocy, coś gwałtownie wyrwało mnie z objęć snu. Wystraszyłam się dość mocno i aż usiadłam na łóżku. Siostra – zaniepokojona całą sytuacją, również została wybudzona.
DZIEŃ PO TRAGEDII
Kolejnego dnia, dość wcześnie, zbudził mnie głośny dźwięk telefonu stacjonarnego. Dzwoniła mama. Odebrałam, a ona zapytała:
– Gosiu… co robisz? Siedzisz…?
– Obudziłaś mnie, mamo. A skąd to pytanie?
Stoję – odpowiedziałam, trochę naburmuszona faktem tak wczesnego wyrwania mnie ze snu.
– To lepiej usiądź, muszę Ci coś powiedzieć – oznajmiła mama.
Przeszłam z przedpokoju do salonu i faktycznie usiadłam na kanapie.
– Słucham?
Mama znów upewniła się, czy na pewno spoczęłam. Łamiącym się głosem zaczęła mówić…
– Jak ma na imię siostra Marzeny?
– Mariola. A czemu pytasz?
– Wczorajszej nocy potrącił ją pijany kierowca. Nie żyje…
Te słowa tak mocno mną wstrząsnęły, że zabrakło mi słów, aby cokolwiek powiedzieć. Siedziałam przez dłuższy czas na kanapie, milcząc,
a ogarniająca mnie bezsilność poskutkowała morzem płynących po policzkach łez… Ze słuchawki, jak za mgłą, słyszałam głos rodzicielki. Zaniepokojona mama pytała, czy wszystko ze mną w porządku.
DZIEŃ ŚMIERCI OCZYMA KASI
Tego dnia Mariola wracała ze wspomnianej dyskoteki wraz ze swoją przyjaciółką Kasią. Ogromnie bolesnym doświadczeniem dla mnie, jako autorki tej książki, było zwrócenie się do niej po tylu latach z prośbą o jakiekolwiek wspomnienia z tego tragicznego dnia.
Nieśmiało napisałam do niej wiadomość na portalu społecznościowym, a później
z niecierpliwością i drżącym sercem czekałam na jej reakcję. Oto co napisała Kasia o tym wstrząsającym wydarzeniu:
„Niestety wszystko pamiętam, takiego dnia nie da się wymazać z pamięci. To była niedziela. Poszłyśmy na dyskotekę. Wszystko było w porządku. Zdecydowałyśmy się wracać do domu około godziny 2 w nocy. Ok. 500 m od dyskoteki, niestety miałyśmy wypadek… Uderzył w nas jadący z dużą prędkością samochód. Mariola przeleciała mi przed oczyma – prędkość auta była zdecydowanie zbyt szybka. Pojazdem mocno zarzuciło, ale kierowca nie zatrzymał się, aby nam pomóc. Szybko odjechał z miejsca zdarzenia.
Mariola została potrącona z taką siłą, że jej ciało znalazło się przy przydrożnych krzewach.
Podeszłam do niej… wołałam ją, ale ona się nie odzywała… Byłam w takim szoku, że nie potrafiłam zadzwonić po pogotowie… Zauważyłam nadjeżdżający samochód i zatrzymałam go.
Zadzwoniliśmy po karetkę, ale pomoc niestety przyjechała dopiero po 45 minutach.
W międzyczasie zadzwoniłam również do jej taty i opowiedziałam mu, co się stało.
On od razu przyjechał na miejsce zdarzenia. Widząc Mariolę, zaczął ją wołać… Ona niestety nie odpowiadała… Gdy pogotowie dotarło na miejsce wypadku, pielęgniarka zwróciła się do nas słowami:
– Ona nie żyje – nie wiem, dlaczego po nas zadzwoniliście, to nie nasza praca…
Powiedziała to w obecności taty zmarłej…
Mariola była bardzo radosną, zawsze pozytywnie nastawioną do życia osobą. I co najważniejsze – była zawsze wtedy, gdy jej potrzebowałam. Nie patrzyła na to, czy ktoś jest bogaty, czy biedny… Była szczerą i wyrozumiałą dziewczyną. Razem mogłyśmy zarówno dobrze się śmiać, jak i płakać. Jedno jest pewne – ona była dla mnie jak siostra i na zawsze pozostanie w moim sercu… Długo czułam się winna temu wypadkowi i za każdym razem, kiedy myślę o niej i o tym, co się stało, zadaję sobie pytanie, dlaczego ona, a nie ja…”
DZIEŃ ŚMIERCI OCZYMA SIOSTRY MARIOLI
Mariola, podobnie jak Ty i ja, nie była zwyczajnym, przeciętnym dzieckiem. Ale o tym miałam okazję przekonać się tak naprawdę dość późno – o wiele za późno, zważywszy na to, jak niedługo było jej dane zaznać tego życia. Mam wrażenie, że od samego początku miała pod górkę. Przyszła na świat przez skomplikowany poród, zakończony ostatecznie cesarskim cięciem. Większość dzieciństwa upływała jej na wizytach u lekarzy, nawracających chorobach
i infekcjach, mniej lub bardziej poważnych. Na szczęście ze wszystkim dawała sobie radę.
Mariola żyła w swoim świecie – trochę jakby nie miała świadomości tego, co wypada, jakie istnieją normy zachowań czy relacji międzyludzkich. Kochała śpiewać, jej ogromnym marzeniem było założenie zespołu – zaraz przed śmiercią prawie udało jej się nawet
to marzenie spełnić. Była bardzo żywa, ufna i spontaniczna. Dodawało jej to charakteru, ale również powodowało wiele niezdrowych i niebezpiecznych sytuacji – z łatwością ulegała wpływom otoczenia, a w wieku nastoletnim otoczenie rówieśników zazwyczaj nie należy do najrozsądniejszych. Na pewno była dziewczyną bardzo zbuntowaną, jednak wydaje mi się, że nie wynikało to z jakichś negatywnych cech charakteru – bardziej z poczucia niedopasowania w pewien sposób do otaczającej jej rzeczywistości. Mariola bardzo pragnęła akceptacji
i ciepłych relacji z ludźmi. Lgnęła do każdego, kto okazał jej zainteresowanie. Niestety nie zawsze dostawała to w domu. W związku z tym, że zawsze miała problemy z nauką czy właśnie z nieodpowiednim towarzystwem w szkole, bardzo często dostawała od rodziców poczucie, że jest tą „gorszą” siostrą, taką trochę czarną owcą. Nie miałyśmy takich relacji, jakie powinny mieć siostry – kłótnie, walki i wzajemna nienawiść były u nas na porządku dziennym.
Z perspektywy czasu bardzo, bardzo żałuję, że nie potrafiłam być tą mądrzejszą, starszą siostrą, która uczy życia i w której można czuć bezwarunkowe wsparcie… To jedna z rzeczy, o których bardziej lub mniej świadomie będę myśleć do końca życia. Takie są też moje sny związane
z nią: zawsze z jej obrazem zepchniętej gdzieś na bok i bardzo niedocenionej.
Powinnam dawać jej o wiele więcej miłości, wszyscy powinniśmy. Tego dostawała od świata zdecydowanie zbyt mało.
Pewnego dnia znalazłam jej pamiętnik – było tam tak wiele żalu, poczucia osamotnienia i braku wsparcia ze strony innych ludzi. Pierwszy raz zdałam sobie sprawę, jak bogate jest jej życie wewnętrzne i jak nieszczęśliwa potrafi być pomimo pozornego uśmiechu na twarzy.
Jeśli chodzi o ostatni dzień jej życia… Wiem, że to dziwne, ale w pewien sposób przeczuwałam jakieś złe wydarzenie, jeśli chodzi o nią. Widziałam, jak bardzo nierozsądnie postępuje, nie dba o swoje bezpieczeństwo i jak wiele zmartwień przysparza rodzicom – czułam, że prędzej czy później będzie to miało jakieś konsekwencje. Tego dnia odwiedził mnie mój ówczesny chłopak – pamiętam, że wpadła do mojego pokoju i jak zwykle, z uśmiechem na twarzy zaczęła się
z nami przekomarzać i żartować. Potem chyba pokłóciłyśmy się o jakąś błahostkę – wychodząc wieczorem na dyskotekę, użyła moich perfum czy jakiegoś kosmetyku – nie pamiętam dokładnie, ale wiem, że to była nasza ostatnia rozmowa. Kiedy w nocy zadzwonił telefon, wszystko potoczyło się już błyskawicznie… Ja i tata pojechaliśmy na miejsce wypadku,
z nadzieją do ostatniej chwili, że karetka, na którą czekaliśmy chyba całą wieczność, jednak uratuje jej życie… Dokładnie pamiętam moment, kiedy lekarz oznajmił mi, że to koniec. Nie okazałam niczego i też nie doznałam szoku. Po prostu przyjęłam tę wiadomość. Lekarz spojrzał na mnie z wyrzutem i skomentował, że chyba powinnam bardziej przeżyć taką wiadomość…
Wróciliśmy do domu, poszłam do mamy, która czekała na nas z duszą na ramieniu, jeszcze nieświadoma tego, co się stało…
Kazałam jej usiąść i przytuliłam ją. Od razu domyśliła się, co chcę powiedzieć…
I wtedy wszedł do naszej rodziny ten prawdziwy, przeogromny smutek, który odpędzany przez prozę życia i mniejsze lub większe wydarzenia, trwa niezmiennie do dziś…
OSTATNIE POŻEGNANIE
Tak wstrząsające momenty, jak dzień pogrzebu, pozostają w naszej pamięci przez długie lata. Ich traumatyczny wydźwięk może zmusić obecnych do długotrwałej refleksji nad
podstawowymi wartościami życia, tak schematycznie toczonego każdego dnia…
Upalny dzień. Zadumane, z bólem serca, powolnym krokiem zmierzamy wraz z siostrą do kościoła, aby ostatni raz pożegnać zmarłą koleżankę.
Obok cmentarza nagle autem minął nas tata dziewczyny. Jedzie wolno, ma otwartą szybę. Kiwamy głowami, mówiąc „Dzień dobry”. Odpowiada. W jego oczach, na twarzy – widać tę przeogromną rozpacz, ból… Nagle Kasia zwraca się do mnie ze słowami: ,,To pewnie jeden
z najstraszniejszych dni w życiu tego człowieka, a my mówimy mu „dzień dobry…”
Przyznałam jej rację. Zaczęłyśmy płakać… Tak bardzo współczułam Marzenie i jej rodzicom… Nie potrafiłam sobie wyobrazić, co wówczas przeżywali… Ta bezradność, tragedia, która tak mocno wypełniła serca rodziny i znajomych – do dziś ciężko mi na samo wspomnienie tych chwil…
Docieramy na miejsce. Stojąc gdzieś na uboczu, z prawej strony, bliżej końca świątyni, zamglonymi od łez oczyma obserwujemy bieg wydarzeń. Licznie zebrani ludzie wypełniają kościół po brzegi. Wszystko było tak niesamowicie nostalgiczne i smutne. Było mi słabo od nadmiaru przygnębiających wrażeń. Koleżanki i koledzy z klasy Marioli przygotowali na jej pożegnanie ogromną, świerkową koronę i białe róże. Ściskali wszystko w rękach, stojąc pośrodku świątyni i ocierając ukradkiem łzy… W pewnym momencie do kościoła wniesiono zmarłą… Śnieżnobiała trumna, zwracająca uwagę wszystkich zgromadzonych,
została zaniesiona pod sam ołtarz. Umieszczono ją delikatnie na katafalku, a pod spodem ułożono morze pogrzebowych wiązanek. Dom Pański wypełnił intensywny zapach lilii…
Ścisnęłam siostrę za rękę, mówiąc: „Nie wierzę w to, co się dzieje…” i rozpłakałam się jak dziecko…
Nie pamiętam przebiegu, mszy i słów księdza, który wygłosił wówczas długie kazanie… Moja rozpacz była tak ogromna, że kojarzę tylko urywki uroczystości. Po zakończeniu obrządków kościelnych, pieszo, wraz z tłumem zgromadzonych zmierzamy na pobliski
cmentarz. Trumna została postawiona w miejscu wiecznego spoczynku Marioli. Pamiętam jak stałam wspólnie z siostrą gdzieś na uboczu, chowając się za krzyżem stojącego nieopodal grobowca.
Przeszywający płacz babci zmarłej dziewczyny przyprawił mnie i siostrę o jeszcze większą rozpacz. Silne emocje spowodowały, że zaczęłam tracić siły. Przytuliłam mocno Kasię, chowając głowę w jej ramionach. Ktoś z tłumu krzyczał, aby otwarto trumnę… Odwróciłam się. Chciałam zapamiętać ją taką, jaką ją znałam – radosną, uśmiechniętą. Nie martwą.
Nie wiem dlaczego, ale miałam wewnątrz siebie ciche pretensje do części osób uczestniczących w pogrzebie, zastanawiając się, na ile ich obecność w uroczystości wynikała tak naprawdę
z potrzeby serca, a na ile z poszukiwania sensacji.
OSTRZEŻENIE
Publikacja została wydana w 2016 roku. Dotarła do kilku tysięcy Czytelników.
Jako autorka, bardzo proszę i przestrzegam osoby, które zainteresuje tematyka poruszona w dalszej części, aby dla własnego bezpieczeństwa pod żadnym pozorem nigdy nie podążały ścieżkami, które to pozornie pozwoliły mi odkryć niewyjaśnioną od lat zagadkę.
Druga część książki będzie zawierała wyczerpujące wyjaśnienie powagi w/w motywu.
Pisząc część pierwszą i starając się pomóc zmarłej koleżance nie miałam pojęcia w jak bardzo poważne problemy zostanę nieświadomie uwikłana.
DOROSŁOŚĆ
Tak naprawdę przez lata nie miałam okazji porozmawiać z Marzeną i jej rodzicami o tej ogromnej tragedii. Brakowało mi też odwagi, aby zaaranżować spotkanie. Na samo wspomnienie wydarzenia po prostu wybuchałam płaczem. Pewnego dnia sprawy zawodowe zawiodły mnie do rodziców Marzeny. Po latach nieobecności weszłam do domu, który był mi kiedyś tak bliski. Wróciły wspomnienia… Śmiałyśmy się czasem z dziewczynami, że ze względu na moją ciągłą obecność w tym miejscu powinnam ich mamę również nazywać swoją drugą mamą. Rodzice dziewczyn bez wątpienia traktowali mnie jak trzecią córkę.
Otworzyłam drzwi – moim oczom ukazał się długi korytarz prowadzący do kuchni. Dzienne światło, wpadające przez otwarte skrzydło drzwiowe, rozświetlało wewnętrzny mrok.
Na powitanie przytuliłam mamę Marzeny, która widząc mnie, szczerze się ucieszyła. Po chwili dołączyła do nas Marzena. Ciężko było mi cokolwiek z siebie wydusić. Odnosiłam nieodparte wrażenie, że podczas tej rozmowy nie jesteśmy w kuchni same…
W pewnym momencie, gdy piłyśmy herbatę, mama Marzeny powiedziała słowa, które do końca życia pozostaną w mojej pamięci: „Miałam trzy córki, a została mi tylko jedna…”
Miała rację – Mariola zginęła, a ja na długie lata zniknęłam z ich życia. Została Marzena…
Opisując moje dorosłe życie, skoncentruję się na aspektach, które będą najistotniejsze dla podjętego tematu rozwoju wypadków, jaki następował zaraz po śmierci mojej koleżanki.
W wieku 19 lat zaczęłam spotykać się z pewnym mężczyzną. Wówczas wydawało mi się, że to człowiek, z którym spędzę resztę życia. Zmieniłam się dla niego. Zrezygnowałam poniekąd z twórczej części siebie. Chciałam, aby wszystko było wystarczająco wyważone
i odpowiednie… W zasadzie całe swoje życie podporządkowałam jego obecności.
Mijały lata. Zdążyłam skończyć studia, zmieniłam pracę. On niezmiennie był przy mnie. Dziś nie wiem, czy to przypadek, ale jego rodzice prowadzili zakład pogrzebowy.
Ciągłe mijanie osób, które żegnają swoich bliskich, żałoba, smutek. Ta codzienność pozwoliła mi, poniekąd rzecz jasna, oswoić się z tematem śmierci. Bliscy znajomi, którzy znali moje predyspozycje i zainteresowanie tego typu tematyką, w zasadzie śmiali się, komentując nasz związek, że: „trafił swój na swego”. Uważam, że mało zasadne będzie tutaj rozwijanie wątku naszego wspólnego życia, pomimo niezaprzeczalnego faktu, że spędziliśmy razem kilka dobrych lat… Powiem tylko tyle, że każda znajomość wnosi w nasze życie niewymierną wartość. Te dobre i złe chwile. I pomimo tego, co się wydarzyło – dziękuję Ci, Łukasz, za te wspólne lata. Dziękuję również Twoim rodzicom, naprawdę niesamowitym ludziom, którzy pokochali mnie jak własną córkę, troszczyli się o mnie, pomagali w trudnych momentach i co dzień wspierali dobrym słowem. Są widocznie w życiu zachowania, których nikt, nawet my sami – nie jesteśmy w stanie wykorzenić. Nie lubię i nie chcę nikogo oceniać. Jesteśmy przecież tylko ludźmi. Długie 7 lat związku rozsypało się pewnego letniego popołudnia niczym domek z kart… Wróciłam z pracy i zabrałam się za porządki. Po dłuższym czasie usiadłam
zmęczona w salonie, włączając komputer z zamiarem sprawdzenia skrzynki zasypanej firmowymi e-mailami. Moją koncentrację odwróciła wówczas półka stojąca po prawej stronie pokoju, którą najwidoczniej pominęłam, sprzątając całe piętro. Leżały na niej moje firmowe dokumenty i portfel Łukasza. Podniosłam wszystko do góry w celu poskromienia bałaganu. Wówczas z portfela wypadła pewna kartka, która dała mi mocno do myślenia… Stałam chwilę w bezruchu, wpatrując się w jej treść… Do oczu zaczęły napływać mi łzy.
Trzęsącymi się z nerwów rękoma wybrałam numer narzeczonego – jednak nim sygnał zdążył znaleźć się po drugiej stronie, przerwałam połączenie… Odłożyłam telefon i usiadłam za stołem… Wycierając płynące po policzkach łzy, zapytałam samą siebie – A CO TO ZMIENI!?
Sięgnęłam po czystą kartkę i długopis. Napisałam następujące słowa: „Dziękuję Ci za te wspólne 7 lat. Nie szukaj mnie…”. Zostawiłam tę kartkę na stole i… na zawsze zniknęłam z jego życia.
Ogromne problemy, z którymi się wówczas zmagałam, a których nie chcę tutaj poruszać, urosły do niesamowitej rangi. Teraz miałam radzić sobie z tym wszystkim zupełnie SAMA. Nie wiedziałam, dokąd pójść, co z sobą zrobić, jak poukładać sobie całe rozsypane życie na nowo…
Tego dnia spotkałam się ze znajomym, odwiedzając go w jego miejscu pracy. Zanosząc się płaczem, opowiadałam mu, co się wydarzyło. Piliśmy alkohol. To mało powiedziane. Wypiliśmy moc alkoholu. Mniej więcej 1,2l wódki w przeciągu niecałych dwóch godzin. Kieliszek za kieliszkiem. Nie trudno się domyślić, że dzień zakończyłam, klęcząc przy toalecie…
Zestresowany Marcin co chwilę pukał do drzwi łazienki i pytał, czy żyję. Noc spędziłam
u przyjaciółki. Kolejnego dnia nie poszłam do pracy. Zostałam u niej do wieczora.
Załamana, leżałam w łóżku do późnych godzin popołudniowych i wylewając morze łez, ubolewałam nad okrucieństwem tego świata. Odwiedziła mnie wówczas siostra, która płakała razem ze mną i chyba nie do końca wierzyła, że podjęłam taką decyzję.
Zapewniała mnie jednak, że czegokolwiek nie zrobię, ona zawsze mnie poprze…
Dziewięć miesięcy po tym wydarzeniu mam delikatny żal do siebie samej, że nie posłuchałam osób, które wiedziały o moim życiu trochę więcej niż ja sama. Ale prawda jest taka, że też nie chciałam wierzyć w słuszność pewnych aspektów. Do czego zmierzam? Żeby
w miarę czytelnie wyjaśnić zbieg wydarzeń cofnijmy się do roku 2014. Jako towarzyszka podróży mojej koleżanki Moniki – zresztą obecnej współpracownicy – postanowiłam wspierać ją mentalnie podczas testu nadającego uprawnienia honorowane przez komisję nadzoru finansowego – tak bardzo potrzebne w naszym zawodzie. Egzamin odbywał się w Warszawie. Pojechałyśmy więc razem do siedziby firmy. Dotarłyśmy na miejsce. Monika udała się na salę egzaminacyjną, a ja trzymałam za nią kciuki, oczekując jej na pobliskim, korporacyjnym korytarzu. Siedząc w fotelu ogromnego biurowca, z zaciekawieniem rozglądałam się dookoła. W sumie nie pamiętam skąd, ale w pewnym momencie obok mnie usiadła drobna, blondwłosa kobieta o imieniu Izabella. Zwróciła się do mnie słowami:
– Dziecko, ty mi wyglądasz na taką dobrą osobę. Zrobię coś dla ciebie. Podaj mi imię, nazwisko, swoja datę urodzenia i adres e mail. Wyślę ci coś ciekawego.
Zastanowiło mnie to dość mocno, ale przecież nie miałam nic do stracenia, więc podałam jej dane, o które prosiła. Siedziałam tam jeszcze chwilę, gdy zadowolona Monika opuściła w końcu salę egzaminacyjną, informując mnie o pozytywnym wyniku testu. Udałyśmy się w drogę powrotną do domu. W natłoku codziennych obowiązków zapomniałam o pani Izie i obiecanej wiadomości e-mail. Ja zapomniałam, ale ona – nie. Po około dwóch tygodniach od wizyty
w Warszawie dostałam wiadomość z dwoma niezrozumiałymi dla mnie załącznikami. Jednak tak naprawdę dopiero po dwóch latach od otrzymania tej wiadomości uświadomiłam sobie trafność wykonanej przez nią analizy, zwanej fachowo portretem numerologicznym. Wówczas dziwne wykresy i poszczególne etapy – mające domniemanie dotyczyć mojego przyszłego życia – wydały mi się totalnie niedorzeczne. Jako przynajmniej we własnej, błędnej ocenie – praktykująca chrześcijanka uważałam, że to coś bardzo złego. Sądziłam, że przyszłość powinna być jedną wielką niewiadomą i błędem jest wnikać w to, co nas czeka. Czy się myliłam?
Miałam rację. Powinnam zostawić to w spokoju. Jednak ciekawość okazała się silniejsza. Nie bez powodu została potocznie nazwana pierwszym stopniem do piekła…
Czego dotyczył otrzymany rozpis? Krótkiej charakterystyki mojej osoby, kluczowych cech charakteru, posiadanych zdolności oraz istotniejszych momentów mojego obecnego
i przyszłego życia.
Jako osoba, która od lat prowadzi własną działalność gospodarczą, brałam udział w niezliczonej ilości wyjazdów firmowych – czy to zagranicznych, czy krajowych. Kongresy, szkolenia, delegacje, które były nagrodą za uzyskane wyniki sprzedaży. Bywałam w wielu ciekawych rejonach, przebywałam w ekskluzywnych hotelach w różnych miejscach świata. Zdarzały się miesiące tak premiowane wynikami, które uzyskiwała moja firma, że wracałam do domu na kilka dni, tylko po to, aby spakować walizkę i ruszyć w kolejny zakątek.
W 2014 roku wygrałam kolejny wyjazd – tym razem do Amsterdamu. Było mi to na rękę – nie miałam do tej pory okazji odwiedzić Holandii. Kilka dni przed wyjazdem okazało się jednak, że moje wskaźniki jakościowe spadły do pewnego poziomu i w ramach „przeprosin”, firma ufundowała mi kilkudniowy pobyt na Mazurach.
– Niech będą i te Mazury – pomyślałam, pakując walizkę…
Standardowe etapy każdego z pobytów to zwykle wspólne posiłki, nieco informacji branżowych, zwiedzanie, integracja. Powiem szczerze, że po kilku latach pracy w branży zaczęły mnie już delikatnie nużyć tego typu imprezy. Tym razem dość szybko umknęłam
z towarzystwa i udałam się spać. Nadarzyła się okazja, aby powrócić do domu wcześniej
z pewnym panem z Krakowa, który był mniej więcej w wieku mojego taty i również uczestniczył w tym wyjeździe. Tak też postanowiłam zrobić. Bardzo wcześnie wstałam
i szybko zjadłam śniadanie w restauracji przynależącej do kompleksu. Pan czekał już na mnie, siedząc na kanapie przy hotelowej recepcji. W zasadzie o fakcie, że mam z nim wracać, poinformowała mnie poprzedniego dnia koleżanka z pracy – Ania, z którą dostałam się tam,
a która zdecydowała zostać w hotelu dłużej i skorzystać z zabiegów SPA, jakie tam serwowano.
Wspomniany pan był jej znajomym. Spojrzał na mnie z zaskoczeniem i powiedział:
– Myślałem, że zaspałaś i już nie przyjdziesz…
Pomyślałam wówczas, że czeka mnie długa, nudna droga powrotna…
Okazało się jednak, że bardzo się myliłam. Przejechaliśmy kawałek drogi, po czym Artur stwierdził, że to niesamowite, że może sensownie porozmawiać z dziewczyną, która jest młodsza od jego dzieci. W zasadzie przez całą, wielogodzinną trasę mieliśmy
do poruszenia ciekawe tematy. Okazało się, że on, tak jak ja – interesuje się między innymi metafizyką. W drodze powrotnej – w Warszawie, miał umówione spotkanie z klientem. Szkoda mu było zostawić mnie na dłuższą chwilę samą, więc pozostawił mi klucze do auta. Powiedział, że jeśli jednak wolę zostać na miejscu i poczekać na niego, to w schowku znajduje się ciekawa książka.
Nie omieszkałam sprawdzić, cóż to za ciekawa książka… Celowo nie podam jej nazwy, nie chciałabym bowiem aby ktokolwiek po nią sięgnął. Tytuł wskazywał na ogromną religijność dzieła. Przeczytałam kilka kartek, potem kolejne i… kolejne. W sumie Artura nie było jakieś 1,5 godziny, a ja zdążyłam w tym czasie pochłonąć ok. 90 stron książki.
Była niesamowicie ciekawa. Jednak jej tytuł, wskazujący na sztywne doktryny religijne, totalnie zbił mnie z tropu, bo treść okazała się zupełnie inna niż można się było tego spodziewać.
Do czego zmierzam – przeczytanie tej pozycji literatury szeroko otwarło mi oczy i zmieniło sztywne podejście do pewnych tematów. Co mam na myśli? Lektura dotyczyła – mówiąc ogólnie – wartości uniwersalnych. Podjęcia życia w pełnej świadomości.
Dlaczego o tym mówię? Gdyby nie ta książka, zapewne dalej bałabym się podjąć próby rozwikłania zagadki, która dręczyła mnie od wielu lat, a o której to opowiem w dalszym etapie książki.
Wróćmy jeszcze do kolejnego, dość istotnego epizodu w moim życiu. Pozwolił mi on
w pewnym stopniu przestać bać się tematów, których nie mogłam do końca pojąć, a z którymi walczyłam każdego dnia. Motyw ten pomógł mi dosadnie zrozumieć, dlaczego jestem trochę inna niż reszta ludzi.
Cofnijmy się do dnia 14 kwietnia 2015 roku. Moje 26 urodziny. Bez wątpienia były one… magiczne. Zmęczona ciągłym deficytem czasu i braku poświęcania mi uwagi przez najbliższe osoby postanowiłam, że spędzę ten dzień inaczej niż zwykle. Od dłuższego czasu zamierzałam odwiedzić pewną panią, o której istnieniu dowiedziałam się od przesympatycznej koleżanki
z branży – Ani. Sugerowała, że powinnam spotkać się z mieszkającą dość blisko kobietą
o imieniu Stanisława, twierdząc, że ona z pewnością zażegna moje problemy.
W zasadzie stwierdziłam wówczas, że chyba nic nie może mnie już bardziej pogrążyć. Sceptycznie podeszłam do zapodanego tematu, ale zadzwoniłam do pani, którą poleciła Ania
i umówiłam się z nią właśnie w dniu moich urodzin.
Pewnej osobie nie była obojętna moja ogromna samotność w tym dniu – nie pojechałam tam sama. Jednak ta historia znów stanowiłaby wątek poboczny tej publikacji. Być może
w przyszłości powrócę do tego tematu…
Jadę dość ruchliwą trasą. Wypatruję dużej figurki po lewej stronie ulicy, za którą,
w promieniu kilku metrów, ma znajdować się – wg wskazówek Ani – główny cel mojej wyprawy. Docieram na miejsce. Moim oczom ukazuje się mały, różowy domek ze sporym tarasem i bajecznie bogatym ogródkiem. Ogrom kwiatów, pięknie przycięty trawnik oraz magiczny dźwięk kołysanych wiatrem, przywieszonych do tarasu dzwonków, pozwala poczuć, że jestem w jakimś nadzwyczajnym miejscu. Nieśmiało stukam do drzwi. Po chwili otwiera je uśmiechnięta, niziutka, blondwłosa kobieta. Zaprasza do środka. Idziemy małym korytarzykiem, kierujemy się w lewo, ku dużemu pokojowi. Zachodzące słońce sprawia, że
w pomieszczeniu zapada delikatny półmrok. Potęguje to swoistą wyjątkowość tego miejsca. Na kanapie, znajdującej się w lewym rogu pokoju, siedzi druga kobieta – córka pani, która otwarła mi drzwi. Rozglądam się. Po prawej stronie widzę duży segment z mnóstwem interesujących przedmiotów – niezliczonej ilości figurek aniołów, świecy oraz książek o tematyce ezoterycznej. Po prawej stronie meblościanki, na samej górze – duża piramida, kolorowane ręcznie flakony. Za szkłem piękna, odbijająca światło porcelana, dyplomy poświadczające między innymi odbyte kursy bioenergoterapii. Po lewej stronie stolik i dwa fotele…
Stoję chwilę w bezruchu, zmieszana całą sytuacją. Przedstawiam się, informując jednocześnie, że jestem tutaj z polecenia Ani. Kobiety uśmiechają się i proszą, abym usiadła. Zajmuję miejsce przy stole, naprzeciw starszej z pań.
– Co cię tutaj sprowadza? – pyta z uśmiechem.
– Problemy, proszę pani… Masa problemów – odpowiadam.
– Zastanawiam się, co robię nie tak, że ciągle mam pod górkę. Chciałabym wiedzieć, jak przerwać ten zły krąg…
– Dobrze – odpowiada kobieta. – Zaczniemy od sprawdzenia twojej aury i tego, jakim jesteś człowiekiem…
W międzyczasie druga z pań, przyglądając mi się bacznie, prosi mnie o podanie daty urodzenia, imienia oraz nazwiska. Znów spotykam się z pojęciem numerologii i zresztą – ponownie, zostaję uświadomiona, że jestem numerologiczną 9.
Pani Stenia, przepełniona nadzwyczajnym spokojem, rozkłada w tym czasie na stole małą książeczkę. Jej szyję zdobi zwracający uwagę naszyjnik z podobizną anioła. Otwiera książkę. Na każdej ze stron widać dziwne, nic nie mówiące mi wykresy. Kobieta wyjmuje wahadełko
i przykłada je do mojej prawej dłoni, a następnie kieruje je na otwarte plansze. Czego dotyczyły te wykresy? Między innymi: czakr, długości aury, bytów, klątw, stanu zdrowia, równowagi
energetycznej, koloru osobistego, posiadanych umiejętności, rozwoju duchowego… i wielu innych aspektów… Totalna magia. Cóż mogę więcej powiedzieć?
Tego dnia zrozumiałam wiele spraw, które pomogły mi, poniekąd rzecz jasna, poznać sens posiadanych od dziecka umiejętności. Poznałam również wiele cech charakteru mojego ówczesnego mężczyzny – z perspektywy czasu muszę przyznać, że bardzo trafnych, chociaż wówczas podeszłam do nich bardzo sceptycznie. Najbardziej jednak zapadła mi w pamięć informacja, plasująca moją osobę we wspomnianym zresztą w 2014 roku przez panią Izę – portrecie numerologicznym. Tym razem postanowiłam baczniej przyjrzeć się tej informacji.
NEW AGE. SZEŚĆ LITER ZŁA
Dla przybliżenia odbiorcom, którzy nie mają pojęcia, czym jest rozpis numerologiczny, umieszczam poniżej materiały, znalezione na jednej ze stron internetowych, dotyczące wibracji liczby 9. Są to (domniemanie) cechy charakteru osoby urodzonej pod tą liczbą, jej zdolności oraz drogi życia jakie często podejmuje.
,,Droga życia Dziewiątki: Jesteś sługą potrzebujących. Żyjesz ideałami i starasz się wcielać je w życie, wnosząc ludzkość na wyższy poziom rozwoju. Masz wrodzoną skłonność do poświęceń, działalności misyjnej, podróżowania i nawracania – bezinteresownego pomagania innym. W życiu kierujesz się bezinteresownością i humanitaryzmem, a jeśli świat, który spotykasz, nie jest uczciwy i altruistyczny, wówczas odczuwasz cierpienie, które przelewasz na papier lub wyrażasz w innych formach artystycznej ekspresji. Pełnisz rolę opiekuna i ojca, dając wszystkim poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Posiadasz intuicję, wiedzę i mądrość wewnętrzną. Czasami jednak możesz mieć trudności z umiejętnością prawidłowej oceny
rzeczywistości: pomagając tam, gdzie nie trzeba, zaniedbując tym samym siebie, zbytnio poświęcając się innym. Koniecznym jest Ci nauczenie się realizowania Twojej głównej potrzeby – niesienia pomocy innym, nie zapominając przy tym o sobie, nauka zdrowego egoizmu (…). Dziewiątki są sentymentalne, uczuciowe i czułe, ale na swój sposób. Jeżeli chodzi o okazywanie uczuć są powściągliwe, pełne rezerwy i nie lubią robić tego publicznie. Są romantycznymi idealistami oraz marzycielami i bardzo często wydaje im się, że są zakochani. Jeśli już jednak spotkają swą prawdziwą miłość, poświęcają się dla niej całym ciałem i duszą. Mimo że nie są tak wylewne, jak osoby o innych wibracjach, Dziewiątki należą do najbardziej lojalnych, wiernych i oddanych towarzyszy życia. Zalety te mogą docenić nie tylko osoby najbliższe sercu Dziewiątek, ale wszyscy ci, którzy mają z nimi do czynienia. Dziewiątki zwykle nie mają zbyt wielu przyjaciół, ale ci, których darzą swą przyjaźnią, mogą być pewni, że posiadają bezcenny skarb, powinni go zatem strzec jak oka w głowie. Jak już wcześniej powiedzieliśmy, Dziewiątki bywają podejrzliwe i nieufne, ale nigdy w sprawach uczuć. Cechuje je często niepoprawny optymizm i prostoduszność; obca jest im myśl, że osoba, którą kochają, zdolna byłaby do zdrady czy kłamstwa. Wielkie poświęcenie i oddanie Dziewiątek innym ludziom często zakłóca ich relacje intymne i rodzinne oraz prowadzi do zaniedbywania własnych związków i spraw. Najbliżsi zauważają wtedy, że Dziewiątki więcej czasu, energii
i pracy poświęcają innym niż swojej rodzinie i domowi.
Ci wieczni marzyciele i romantycy, aby móc należeć całkowicie i bezwarunkowo do osoby ukochanej, muszą ją podziwiać i szanować. Jeśli jednak stracą swe złudzenia, wówczas zdolne są bez wahania zerwać dany związek, z zimną krwią wymazując swego partnera ze swego życia. Małżeństwo traktują bardzo poważnie. Mamy tu do czynienia ze swego rodzaju dwoistością osobowości Dziewiątek; będąc bowiem istotami tak bardzo niezależnymi
i miłującymi wolność, są jednocześnie zwolennikami ogniska domowego
i tradycji, odczuwają ogromną potrzebę miłości i bezpieczeństwa. Pełne temperamentu
i kierujące się emocjami, Dziewiątki w swej ogromnej większości przejawiają tzw. trudny charakter. Powinny zatem być niezwykle ostrożne przy wyborze życiowego partnera. Niewątpliwie najlepszym kandydatem będzie ktoś, kto zapewni im poczucie bezpieczeństwa, stabilizację i wsparcie, niezbędne w realizacji ich głównego celu życiowego, jakim jest praca na rzecz bliźnich (…).
Dziewiątki dzieci są szlachetne, uczciwe i odpowiedzialne. Odznaczają się bujną wyobraźnią
i na ogół żyją we własnym świecie marzeń. Pragną się podobać i sprawiać radość swym opiekunom, zawsze jednak buntują się przeciwko władzy arbitralnej i wszelkiej niesprawiedliwości. Rodzice ich powinni okazywać im zaufanie, powierzając np. drobne zadania do wykonania, gdyż w ten sposób będą się czuły potrzebne, ważne i pożyteczne. Dziewiątka od małego wyróżnia się potrzebą niezależności. Zarówno dziecko, jak i dorosłego urodzonego pod wpływem tej wibracji trudno jest zamknąć w czterech ścianach. Przynajmniej raz dziennie musi wyjść z domu, nie tyle po to, aby się zabawić, ale po prostu dlatego, by „zaczerpnąć powietrza” i poczuć się wolnym (…). Dziewiątki mają silnie rozwiniętą intuicję, ze wszystkich wibracji numerologicznych są na najwyższym etapie rozwoju duchowego. Cechuje ich ponadto otwartość na drugiego człowieka, świat i naukę. Dziewiątka to sługa innych, potrafi zdobyć się na wielkie poświęcenia. Satysfakcja emocjonalna jest zależna u Dziewiątek, od tego, jak wiele uda się im zrobić dla innych ludzi. Opisywana wibracja należy do mistyków, wizjonerów, altruistów, misjonarzy. Dziewiątki żyją humanistycznymi ideałami, posiadają one niezwykły dar przewidywania, odczuwają wielką potrzebę przestrzeni. Są bardzo wrażliwe, czułe na krzywdy innych, chętne do pomocy, marzą o większej sprawiedliwości na świecie. Ponadto dziewiątki zaliczają się do osób hojnych, szlachetnych, mających dobre intencje, życzliwych i wyrozumiałych. Uważa się Dziewiątki za trochę oderwane od rzeczywistości, za bujające w obłokach, zbyt idealistycznie patrzące na świat. Źle znoszą rutynę, są niekonwencjonalne, pomysłowe i serdeczne. Cechuje je duża życzliwość, bezinteresowność, również impulsywność(…).
Możesz interesować się metafizyką, okultyzmem i niekonwencjonalnymi metodami uzdrawiania. Z pasją zgłębiasz wszelką wiedzę niedostępną zwykłej percepcji. Dzięki wytrwałym praktykom i medytacji możesz osiągnąć punkt, w którym całkowicie wyzbędziesz się potrzeb materialnych. Jesteś wrażliwy, a miłość odgrywa w twoim życiu ogromną rolę. Musisz kochać i być kochany. Wtedy jesteś czuły i wierny. Trudność sprawia ci nadgorliwość w niesieniu pomocy innym, najczęściej kosztem własnym i najbliższych. Nie jest ci lekko dźwigać „śmietnik” ludzkich problemów. Masz magnetyczną osobowość. Jeśli zdołasz urzeczywistnić swoje wielkie idee, twój sukces będzie bezgraniczny. Musisz rozpoznać jednak własne zdolności i pragnienia i stosownie do nich wyznaczać swoje cele. Sukces możesz osiągnąć działając w społeczności otwartej. We wspólnocie możesz wystąpić w roli wykładowcy lub artysty. Odznaczasz się niezwykłą wrażliwością na wszelkie bodźce zewnętrzne i zdolnością jasnowidzenia. W intuicyjny sposób potrafisz przewidzieć to, co ma nastąpić, z łatwością przenikasz ludzkie dusze, skrywane myśli innych osób. Owa intuicja
i duchowe bogactwo stanowią dla ciebie nieustanną inspirację do dalszego rozwoju i pomagają w nawiązaniu kontaktu z Bogiem. Jesteś szlachetnym altruistą, pełnym poświęcenia, inteligentnym, aktywnym, pomysłowym, zaradnym. Masz bogatą wyobraźnię, lotny, jasny
i przenikliwy umysł, dar obserwacji. Jesteś wyczulony na potrzeby bliźnich; nigdy nic przechodzisz obojętnie wobec bólu czy ludzkiej krzywdy. Potrafisz wychwycić najsubtelniejsze niuanse ludzkiego zachowania. Z natury jesteś energiczny i aktywny (…).
Nikt z takim zapałem jak ty nie angażuje się w działalność dobroczynną. Inspirujesz tym innych do działania, uszlachetniając i obdarzając miłością wszystko dookoła. Każdy przy tobie czuje się lepszy i mądrzejszy. Pragniesz, by świat stał się lepszy i szczęśliwszy. Realizujesz się poprzez służbę dla innych, w intuicyjny sposób przeczuwając, że tym samym wzbogacasz samego siebie i posuwasz się naprzód na drodze duchowej. Wywierasz miłe wrażenie na ludziach i szybko zyskujesz ich sympatię i zaufanie (…). Sprawiasz wrażenie, jakbyś duchem był gdzieś daleko. Twoja osobowość jest fascynująca. Odczuwasz niezaspokojony głód wiedzy, choć danym tematem nie interesujesz się w sposób trwały (…).”
To naprawdę dziwne, że numerologia potrafi powiedzieć o nas tak wiele.
Dziś określiłabym to zupełnie inaczej – zło wie o nas praktycznie wszystko…
Urodzinowa wizyta u Pani Steni zainspirowała mnie do odnalezienia archiwalnego e-maila od pani Izy i dokonania dokładnej analizy wiadomości, którą wysłano do mnie w 2014 roku.
Byłam wówczas zaskoczona trafnością zdarzeń, które rozpisała wówczas w tzw. „cyklach”.
I nie wynika to bynajmniej z siły sugestii – wcześniej nie miałam nawet pojęcia, co naszkicowała ta kobieta.
Powyższe punkty zwrotne mojego życia, w aspekcie świadomego podjęcia pewnych tematów, poskutkowały przybliżeniem tajemnicy rozwiązania wieloletniej zagadki, którą nakreślę
w dalszym etapie książki.
* http://ezodar.pl/index.php?/topic/242-drogi-zycia-z-wibracja-9/
WOŁANIE O POMOC
Co tak naprawdę przeżywałam przez te wszystkie lata?
Ciężko jest mi o tym pisać. W świecie, którym rządzi racjonalne podejście do otaczającej nas rzeczywistości, mocno negujemy istnienie zjawisk, których nie potrafimy zrozumieć.
Pomimo wieloletniej, niezaprzeczalnej ciągłości pojawiających się w moim życiu zdarzeń, sytuacje, które zostaną przedstawione w tej części książki, były do tej pory znane tylko nielicznemu gronu moich najbliższych znajomych.
Zdaję sobie sprawę z tego, że odbiorcom może być ciężko dać wiarę pewnym aspektom, które brzmią na tyle nieprawdopodobnie, że ciężko uwierzyć w ich autentyczność.
W zasadzie od dziecięcych lat i tak naprawdę do dnia dzisiejszego, właśnie takie, niewyjaśnione sytuacje wplatały się w moją codzienność. Skoncentruję się wyłącznie na motywach, które będą relatywnie możliwe do przyswojenia czytelnikowi, który nie miewa na co dzień związku
z ,,paranormalną” stroną człowieczeństwa. Bardziej traumatyczne wydarzenia ze względów osobistych pozostawię dla siebie.
Mieszkając z moim ówczesnym chłopakiem, doświadczałam bardzo dziwnych, niewytłumaczalnych z naukowego punktu widzenia zdarzeń. Podczas gdy większość ludzi nie zawraca sobie głowy tego typu tematami – ja – przyznam szczerze
– w pewnym momencie bałam się zasypiać. Wydarzenia przypisywałam miejscu, w którym
się znajdowałam i być może po części było to zasadne. Przytoczę kilka sytuacji, które może
i nie mają powiązania z motywem przewodnim tej książki, dadzą jednak czytelnikowi delikatny obraz tego, o czym wspomniałam wyżej.
Siedziałam w pokoju razem z Łukaszem. Czytałam jakąś książkę, on oglądał telewizję.
W pewnym momencie do pomieszczenia weszła jego mama, przekazując informację, że musi jechać na jedną z ulic naszego miasta po zmarłego mężczyznę. Konkretny adres miała przekazać mu za chwilę. W tej chwili – nie wiedzieć czemu – przyszedł mi na myśl pan
w średnim wieku, który jak to mężczyzna, często komplementował mnie i pytał: „co słychać?”, gdy robiłam zakupy w markecie nieopodal miejsca jego zamieszkania. Nie wiem skąd, ale po prostu wiedziałam, że to właśnie on zmarł. Powiedziałam Łukaszowi, po kogo jedzie. Uśmiechnął się, nie komentując wypowiedzianych przeze mnie słów – zawsze sceptycznie podchodził do zdarzeń, z którymi się zmagałam. Wrócił do domu po ok. 40 minutach i zwrócił się do mnie z pytaniem:
– Wiesz, kogo przywiozłem?
– Tak, wiem. Mówiłam ci przecież. – Odpowiedziałam pewna siebie.
– Ale skąd mogłaś to wiedzieć? – Zapytał zdziwiony Łukasz. – To właśnie on…
Kolejny opis dotyczy sytuacji, która również nie mogła być przypadkiem. Dotyczy pewnego starszego pana, który często przychodził do mojego biura. Był bardzo sympatyczny,
uśmiechnięty, nie skarżył się na żadne zdrowotne dolegliwości. Nosił to samo nazwisko co ja. Często śmialiśmy się, że mógłby być moim dziadkiem. Tak naprawdę wszystkich ludzi, którzy odwiedzali moje przedsiębiorstwo, traktowałam i dalej traktuję najlepiej, jak mogę. Jak jedną, wielką rodzinę. Kiedy rozpoczęłam pracę poza biurem, nie widywałam go już tak często.
Pewnego pięknego, słonecznego dnia minęliśmy się na mieście. Przywitaliśmy się
i zamieniliśmy kilka słów. Starszy pan jak zwykle był przepełniony optymizmem.
Kiedy odszedł, stanęłam przy drzwiach mojego samochodu. Trzymałam już klamkę u drzwi, gdy ogarnęła mnie niewyjaśniona zaduma. Patrząc na odchodzącego mężczyznę, pomyślałam ze smutkiem: Ty, biedny, już długo nie pożyjesz. Naprawdę nie wiem, skąd ta myśl pojawiła się w mojej głowie. Nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć. Jak myślicie, co się wydarzyło? Nie minęło kilka dni, kiedy Łukasz poinformował mnie o pogrzebie wspomnianego pana. Zapytałam dla potwierdzenia, czy mieszkał w miejscu, które wizualnie nakreśliłam. Potwierdził. Zamilkłam…
Dokładnie pamiętam dzień, w którym dowiedziałam się o śmierci bardzo młodego chłopaka mieszkającego w mojej rodzinnej miejscowości. Popełnił samobójstwo. To wydarzenie było dla mnie ogromnym szokiem. Darzyłam go dużą sympatią – niesamowicie pozytywny człowiek. Bardzo dobry znajomy mojego taty. Jego nagła śmierć pozostaje dla mnie do dnia dzisiejszego ogromną zagadką. Mimo sympatii, którą go darzyłam, bardzo bałam się faktu, że może uraczyć mnie swoją obecnością choćby we śnie. Faktycznie przyśnił mi się tylko raz
w życiu, a słowa, które wówczas usłyszałam z jego ust, brzmiały: „Żyj jak najlepiej potrafisz
i wystrzegaj się tego, co materialne – później już nie ma odwrotu…”
Analizując tę wypowiedź, nawet dziś, po tylu latach, sądzę, że zawarto w nich bezsprzecznie prawie cały sens życia…
Do głowy przyszła mi koleina (z niezliczonej tak naprawdę) ilości spotykających mnie tego typu spraw. To jedna z bardziej dobitnych historii. Byłam jeszcze nastolatką.
Upalna, letnia noc. Wakacje. Spałam wówczas w pokoju, który był oddzielony od pokoju mojej siostry sporym korytarzem. Tej nocy nie mogłam zasnąć. Przeczuwałam coś niepokojącego. Nie myliłam się. Zdążyłam przymknąć oczy, gdy poczułam niemoc w całym ciele i usłyszałam skrzypienie paneli podłogowych, które sprawiały wrażenie uginania się pod ciężarem kogoś chodzącego po pustym pokoju. Otworzyłam oczy, ale nikogo nie ujrzałam. Usłyszałam natomiast krzyk jakiegoś mężczyzny. Krzyk, który jak gdyby powoli zanikał w niewyjaśnioną głębię:
– Jezus, Maria, ratuj mnie! Pomóż! – Usłyszałam.
W śmiertelnym strachu, odzyskując władzę w ciele, aż krzyknęłam z przerażenia. Wyskoczyłam z łóżka i włączyłam w pokoju światło. Rankiem przy śniadaniu moja siostra zapytała:
– Co się działo w nocy? Znów ktoś cię nawiedził? (Siostra zna na pamięć wszystkie wydarzenia, które tak naprawdę spotykają mnie od najmłodszych lat. Był to, jest i prawdopodobnie zawsze będzie dla niej „chleb powszedni”.)
– Daj spokój, kiedyś się wykończę. – Odpowiedziałam. – Ktoś przeraźliwie wzywał pomocy, ale nie mam pojęcia kto.
Za chwilę wszystko stało się jasne. Mama zadzwoniła do nas z informacją, że wujek popełnił tej nocy samobójstwo.
Podobnych zdarzeń było w moim życiu naprawdę dużo. Nie tylko takich, które dotyczyły korelacji pomiędzy nieżyjącymi już ludźmi, ale również takich, które świadczyły niezaprzeczalnie o mojej wybitnie dobrej intuicji.
Jako nastolatka nie posiadałam jeszcze prawa jazdy. Mieszkając z chłopakiem i nie chcąc jednocześnie przysparzać mu kłopotu, bardzo rzadko prosiłam go, aby zawiózł mnie do rodziców, którzy mieszkają kilka kilometrów od miasta. Pewnej nocy coś gwałtownie
wybudziło mnie ze snu. Nie wiem co. Jakiś silny impuls, który kazał mi natychmiast jechać do rodziców. Miałam bardzo złe przeczucia. Obudziłam Łukasza i mimo późnej pory poprosiłam go, aby zawiózł mnie do rodzinnego domu. Długo się ociągał, mówiąc, że pewnie śniło mi się coś złego i stąd to przerażenie. Ja jednak stanowczo postawiłam na swoim. Założyliśmy buty, bluzy i po ok 10 min. byliśmy na miejscu. Otworzyłam drzwi i weszłam do kuchni. Był środek nocy, około godziny 3:00 – na palącej się kuchni gazowej stał garnek – zupełnie pusty. Zaczynał się już palić, pomieszczenie było wypełnione dymem, wszyscy domownicy twardo spali…
Podobna sytuacja dotyczyła ostrzeżenia, które było bezpośrednio związane z moim tatą.
W czasach, gdy moja siostra mieszkała w mieście oddalonym od mojego o ok. 50 km., nie odwiedzałyśmy się tak często, jakbyśmy tego chciały. Wygospodarowałam pewien weekend
z zamiarem spędzenia go u niej. Miałam wyjechać w sobotę rano. W piątek, po powrocie
z pracy, układałam w szafce ubrania. Jestem osobą, która lubi mieć tylko to, co najbardziej potrzebne. Nie mam potrzeby gromadzenia zbędnych rzeczy. Z ubraniami robię to samo – niepotrzebne wrzucam do kontenerów dla ubogich osób lub oddaję młodszym kuzynkom.
Odkładając czarną bluzkę, usłyszałam nagle, jak ktoś – nie mam pojęcia kto – wypowiedział słowa, które głośno dotarły do mojej głowy:
– Nie wyrzucaj tej bluzki, przyda ci się na pogrzeb ojca!
Przeraziłam się. Myślałam, że to jakieś złudzenie. Wrzuciłam wszystkie ubrania
z powrotem do szafki i zdecydowałam, że nie będę czekać do soboty, a pojadę do siostry natychmiast. Wzięłam kilka potrzebnych drobiazgów i po ok. godzinie byłam na miejscu. Kasia bardzo się ucieszyła, że zostanę u niej na cały weekend. Długo nie miałyśmy okazji, by spędzić ze sobą więcej czasu. Tego wieczoru siedziałyśmy do późnej godziny, pijąc słodkie, czerwone wino. Następnego dnia miałyśmy jechać na zakupy do pobliskiej galerii. Nie chciałam martwić siostry tym, co usłyszałam, układając ubrania, dlatego zdecydowałam się nie wspominać jej
o tym dziwnym, wręcz nie do końca logicznym incydencie. Poszłyśmy spać.
Kilka minut po godzinie 7:00 rano obudził mnie dzwonek telefonu. Dzwoniła mama, była bardzo roztrzęsiona, prosiła, żebym jak najszybciej przyjechała do domu, twierdząc, że „coś niedobrego dzieje się z tatą”. Zamarłam. Szybko się ubrałam i poszłam pożegnać się z Kasią.
Ona, zaspana, podnosząc się na łóżku, powiedziała tylko z wyrzutem, że znów jadę szybciej niż planowałam. Odpowiedziałam, że naprawdę muszę wracać i jeśli załatwię pewną sprawę, to na pewno wrócę. Pomknęłam w stronę domu. Tata, który od kilku dni nie pił alkoholu – był w bardzo złym stanie. Majaczył na jawie. Był tak słaby, że mama musiała pomagać mu wyjść z wanny. Kompletnie nie miał sił. Nie mógł nawet ustać na nogach. Zdecydowałam, że pojadę do lekarza i poproszę go o skierowanie do szpitala. Nakreślając mu mniej więcej stan chorego i jednocześnie ogromnie dziękując za okazane zrozumienie, wzięłam potrzebny dokument i pojechałam po ojca. Łukasz pomógł mi doprowadzić go do samochodu. Lał deszcz, a my, jak najszybciej się dało, pokonywaliśmy kolejne kilometry. Dotarliśmy na miejsce. Lekarz pytał ojca o podstawowe informacje, ale on miał ogromny problem z udzieleniem sensownych odpowiedzi. Tatę zawieziono na wózku inwalidzkim na oddział, a mnie lekarz poprosił o numer kontaktowy, informując jednocześnie, żebym spodziewała się najgorszego, bo pacjent jest
w tak złym stanie, że może nie przeżyć najbliższej nocy. Poinformował mnie również, że transportowanie tak chorego człowieka prywatnym autem nie było mądrym posunięciem i tata może nie przeżyć kilku najbliższych godzin. Płakałam jak dziecko. Prosiłam Łukasza, żeby zawiózł mnie do siostry. Byłam tak roztrzęsiona, że totalnie nieodpowiedzialnym posunięciem byłoby samodzielne prowadzenie pojazdu w takim stanie.
Kasia była przeze mnie na bieżąco informowana o przebiegu wspomnianej sytuacji. Gdy weszłam do jej domu, przytuliłyśmy się mocno, zanosząc się płaczem. Kładąc się spać, modliłam się tylko, aby mój telefon tej nocy nie zadzwonił. Tata na szczęście po kilku miesiącach wrócił do pełni sił, które odebrało mu między innymi ciężkie zapalenie płuc, jakie wówczas przechodził. Jednak wspomnienie tego dnia do dziś jest dla mnie bardzo traumatycznym doświadczeniem.
Z perspektywy czasu uważam, że dziwne ,,ostrzeżenie”, które otrzymałam, porządkując tamtego popołudnia ubrania, mocno przyczyniło się do uratowania jego życia – liczyła się wówczas każda najbliższa godzina.
Przejdźmy jednak do sprawy, która tak naprawdę, pośród tych wszystkich spotykających mnie wydarzeń, była dla mnie zdecydowanie najbardziej zagadkową. Trwała niezmiennie od roku 2008 do kwietnia 2016 roku i dotyczyła zmarłej koleżanki, która jest jedną z bohaterek tej publikacji. Na przestrzeni mijających lat ilość sytuacji, które zaburzały moje codzienne życie
i bezpośrednio dotyczyły zmarłej, była tak ogromna, że przytoczę tylko kilka z nich, aby przybliżyć odbiorcom to, czego wówczas doświadczałam.
Rok 2008, kilka miesięcy po śmierci Marioli. Przeżywam ciężkie chwile. Głównie spowodowane poważną chorobą mojej mamy i powiązanym poniekąd z tym faktem – przesadnym spożywaniem alkoholu przez tatę. Rodzice odsuwają się na pewien czas od swojej firmy, całkowicie powierzając ją mnie. Spędzam tam każdą wolną chwilę. Średnio od godziny 8:00 do 21:00 Dzień w dzień. W weekendy również nie mogę odpocząć, ponieważ właśnie rozpoczęłam studia w systemie zaocznym. Czuję się przytłoczona nadmiarem zajęć
i załamana rodzinnymi problemami. Pewnej nocy nie mogłam zasnąć. Kładąc się do łóżka,
z wewnętrznymi pretensjami do całego świata, cicho płaczę, aby nie obudzić śpiącego obok Łukasza. Kończąc modlitwę, zwracam się do zmarłej koleżanki. Mówię, że tak bardzo zazdroszczę jej faktu, że nie ma już tych przyziemnych problemów, że odzyskała wreszcie spokój ducha. W końcu zmęczona płaczem zasypiam.
Pojawia się sen – w ogromnym blasku widzę Mariolę, która uścisnęła moją rękę, mówiąc:
– Nie przejmuj się, wytrzymaj jeszcze trochę, to wszystko wkrótce się skończy.
Obudziłam się przerażona. Ona tak realistycznie pokazała mi się podczas tej krótkiej, sennej chwili. Otwarłam oczy. Nadal fizycznie czułam, jak trzyma mnie za rękę. Myślałam jednak, że to Łukasz. Spojrzałam na niego, leżał odwrócony plecami do mnie. W tym momencie uścisk dłoni zwolnił… Zamarłam ze strachu. Pomimo wszystkich spotykających mnie zdarzeń, sama nie do końca wierzyłam w to, że nieobecni między nami słyszą nasze myśli i słowa. Nie sądziłam, że wyrażona intencja przywoła ją tak namacalnie. Obiecałam sobie, że nigdy więcej tego nie zrobię.
Mariola niesamowicie często pojawiała się w moich snach w bardzo podobnej, powtarzającej się scenerii. Nieustanny motyw widzianego przeze mnie domu – dla złudzenia przypominającego faktyczne miejsce zamieszkania zmarłej. Jednak ten budynek był
jakiś inny – większy, posiadający niezliczoną ilość pokoi. Bardzo tajemniczy, poniekąd mroczny. Zawsze intuicyjnie wyczuwałam, że nieuchronnie nadchodzi moment spotkania koleżanki.
Ten motyw był różny – często zauważałam dziewczynę przypadkiem, niby w codziennych, ziemskich sytuacjach. Przykładowo: jestem w towarzystwie znajomych. Siedzę przy stole. Nagle spostrzegam, że wśród nich siedzi zmarła. Chwila konsternacji – kadr sennego spojrzenia kieruje się na nią. Zdziwiona przypominam sobie nagle, że jej obecność w tym miejscu jest co najmniej dziwna. Zwracam się do niej słowami:
– Mariola, przecież ty nie żyjesz!
Zmarła zwykle odpowiadała zirytowana:
– Jak to NIE ŻYJĘ!? Żyję cały czas!
Zwykle w tym momencie budziłam się przerażona. Te doświadczenia były tak niesamowicie realistyczne. Bardzo często były to tak zwane świadome sny – mając wiedzę, że jestem
w szponach sennej iluzji – tym bardziej byłam przerażona faktem, jak często widuję nieżyjącą dziewczynę. O ile sny z udziałem innych zmarłych pojawiały się prowizorycznie i w zasadzie jednorazowo, o tyle nieżyjąca Mariola śniła mi się co najmniej setki razy. Czułam, że ewidentnie domagała się zwrócenia na siebie mojej uwagi, zawsze była przygnębiona, smutna. Ten temat poruszałam niejednokrotnie z zaprzyjaźnionym księdzem z parafii moich rodziców. Duchowny ten jest szczególnie bliską osobą dla mojej rodziny – corocznie, od około 17 lat, raczy nas swoją obecnością na wigilijnej wieczerzy w mojej rodzinnej miejscowości.
Niejednokrotnie poruszałam z nim ten temat, a odpowiedzią zwrotną, którą wówczas uzyskiwałam, była sugestia wzmożonej modlitwy za zmarłą. Jednak nawet najbardziej żarliwa modlitwa nie była w stanie uwolnić mnie z objęć nękającej mnie w snach, czasem wręcz materializującej się fizycznie nocą koleżanki.
ODNOWIENIE KONTAKTU
Sny (oraz inne epizody z udziałem zmarłej) stały się tak intensywne, że w owym czasie naprawdę ciężko było mi przespać spokojnie choćby jedną noc. Senne historie nie zawsze dawały konkretne przesłanie. Metaforyczne, zakodowane słowa zmarłej, widywanie jej
w przeróżnych sytuacjach – stawały się dla mnie coraz bardziej zagadkowe.
Doszło do tego, że po około 8 latach ciszy, w zasadzie bardzo późną, nocną porą, widząc dostępność jej siostry na społecznym komunikatorze – zdecydowałam się napisać do niej wiadomość. Po cichu liczyłam, że rozmowa z nią da mi chociaż częściową odpowiedź na trapiącą mnie od lat zagadkę. 22 grudnia 2015 r. Ciemna, zimna noc. Godzina 22:58.
Jestem sama w mieszkaniu. Cytuję wysłaną wówczas do koleżanki informację:
Ja:
– Hej Marzenka! Masz chwilę? Mam takie nietypowe pytanie. Powiedz mi, czy śni Ci się czasem Twoja siostra? Bo mnie ostatnio bardzo często i nie wiem już co mam o tym myśleć…
Marzena:
– Hej, hmmm, no raczej tak normalnie, czyli od czasu do czasu, raczej nie częściej niż zwykle.
Ja:
– A wesoła czy smutna? Wiesz… te sny – jak dla mnie – nie do końca są snami… Mam wrażenie, że normalnie z nią rozmawiam. I jakkolwiek to brzmi – nie zwariowałam…
Marzena:
– Wiesz co, jak mam sny z nią to zazwyczaj są tak dziwne i irracjonalne sytuacje, że ciężko powiedzieć… Ale raczej nigdy nie jest to pozytywny klimat…
Ja:
– Mam to samo… Czasem bardziej pozytywnie, ale odnoszę wrażenie, że ona potrzebuje pomocy. Nie wiem czemu… Wiesz co, zawsze śni mi się bardzo podobnie. Niby wasz dom,
a jednak jakiś inny. I tak, jakby cały czas gdzieś tam była. Wczoraj nie mogłam
spać. Śniła mi się całą noc. Mam jakiś kosmos w życiu, szukam pocieszenia gdzieś poza tym zepsutym światem… W ogóle sorry, że Ci głowę zawracam, ale jakoś nie mogę tego ogarnąć.
Marzena:
– Ale trafiłaś na moment. Jestem akurat sama w domu. Ciemno i cicho…
Ja:
– Też jesteś sama? Dobrze, że lampka się pali… Wiesz co? Trafiłam ostatnio na ciekawą grupę na fb – „życie po życiu”. I zaczęło mnie to na tyle intrygować, że coraz więcej czytam na ten temat.
W sumie wiele zrozumiałam… Prześlij mi kiedyś zdjęcie siostry, a ja zapytam kogoś, kto umie kontaktować się z takimi osobami, żeby może pomogli jej, bo to jest tak notoryczne, że aż abstrakcyjne…
Marzena:
– Naprawdę masz kontakt z ludźmi, którzy zajmują się takimi rzeczami? Ok, jak będę w domu na święta to coś prześlę (…) Powiem Ci, że ja mam ostatnio bardzo podobny czas…(…) na pewno dzieją się ogromne zmiany w postrzeganiu świata…
Ja:
– Mam to samo (…) wszystko totalnie do góry nogami, ale fajne te zmiany. Taka większa świadomość… Jejku. Musiałam. Naprawdę. Źle mi z tym bardzo… I kogo mogę zapytać jak nie Ciebie…
Marzena:
– Właśnie miałam dokończyć, że to wcale nie jest złe uczucie. I nawet się nie boję. Bardzo dobrze, zawsze pisz, jeśli czujesz taką potrzebę.
Ja:
– Super! Wiesz co, jakoś mnie pochłonął ostatnio ten inny wymiar…
Marzena:
– To w takim razie bardzo dobrze, że napisałaś. Ja w związku z nią przez te wszystkie lata mam poczucie jakiejś niedokończonej historii. I te sny uświadamiają mi, że to ciągle gdzieś
krąży…
Ja:
– Wiesz co, musimy się spotkać… Ta historia jest mega długa. Walczę z tym od kilku dobrych lat i uznałam, że chyba nie bez powodu tak się dzieje. W życiu chyba nie ma przypadków.
Marzena:
– Widzisz, a najgorsze co może być, to pozwolić sobie wmówić, że jesteśmy jak cała reszta
i zapomnieć o swojej wyjątkowości. I chyba trochę tak mam ostatnio.
Ja:
– Nie ma takiej opcji, my nigdy nie będziemy jak reszta… Trzeba tylko obrać swoją ścieżkę. (…) Cieszę się jak dziecko, że znów możemy pogadać jak za starych lat… Co ta Twoja siostra kombinuje?
Marzena:
– Ja też! I zobacz – zero jakichkolwiek granic między nami. Też o tym pomyślałam.
Ja: Zero, rozumiemy się chyba bez słów. Czuję się jakbym ożyła na nowo.
Marzena:
– Ja też, nie miałam tak wcześniej nigdy. Ale pięknie. Gocha, czuję się jak po jakiejś psychoterapii…
Ja:
– Ja też… To naprawdę niesamowite. Weź tu nie wierz w magię…
Marzena:
– Musimy to robić regularnie, żeby podtrzymywać.
Ja:
– Tak będzie! Teraz już Cię nie opuszczę. Siostra!
Marzena:
<3
Tej nocy toczyłyśmy wielogodzinną konwersację na popularnym komunikatorze. Bardzo późno położyłyśmy się spać. Jednak rano i tak wstałyśmy pełne energii. Marzenka umieściła na swoim facebookowym profilu post o następującej treści: MAGIA, MIŁOŚĆ! <3 <3 <3
Zaiste, nie mogła tego lepiej ująć…
Kolejny dzień, okolice południa. Znów zamieniamy z sobą kilka zdań.
Ja: – Wooow, nie wiem coś Ty mi zrobiła, ale mam tak podniesione endorfiny jakbym się co najmniej zakochała!
Marzena:
– Ja też! Zakochane w życiu na nowo! (…)
Ja:
– Kocham Cię, Wariatko!
Marzena: JA TEŻ! (…)
Po wielu rozmowach, wylewaniu łez szczęścia i rozpaczy jednocześnie ustaliłyśmy termin spotkania. Rozmowy toczone na odległość były tak bardzo niezwykłe i magiczne…
Nie mniej niesamowite okazało się nasze spotkanie na żywo. Odbyło się pewnego sobotniego wieczoru, po 8 latach obustronnej ciszy…
SPOTKANIE PO LATACH
Zaprosiłam do siebie koleżankę. Umówiłyśmy się na najbliższy, możliwy, wolny termin, który przypadał w pewną sobotę. Nadszedł wieczór. Przygotowałam kilka przekąsek i postawiłam je na stole w towarzystwie butelki czerwonego wina. Malowałam właśnie paznokcie, gdy
w mieszkaniu rozległo się delikatne pukanie do drzwi. Otworzyłam je szybciutko – moim oczom ukazała się niewidziana od lat koleżanka.
– Nic się nie zmieniłaś, Gocha! Krzyknęła Marzena.
– Wzajemnie! Odparłam rozbawiona, przytulając ją na powitanie.
Marzenka szybko ściągnęła szalik i płaszcz, rzucając je na kanapę stojącą po lewej stronie pokoju. Usiadłyśmy do stołu. Nocna lampka, delikatnie rozpraszająca smugi światła
oraz grająca cichutko muzyka nadawały spotkaniu trochę tajemniczy wymiar. Koleżanka również przyniosła z sobą butelkę wina. Delikatnie postawiła ją na stole.
Usiadłyśmy wygodnie w fotelach, wlałyśmy sobie po lampeczce trunku i rozpoczęłyśmy wieczór toastem „za spotkanie”. Właśnie tak zaczęła się ta długa noc…
Ciężko opisać przebieg całego wieczoru – i nie wynika to bynajmniej ze sporej ilości wypitego przez nas wówczas alkoholu. Wyglądało to tak, że na przemian śmiałyśmy się, aby za chwilę wybuchnąć płaczem. Tyle wspomnień, tak wiele lat nieobecności… Dzieliłyśmy się ze sobą największymi sekretami i najdrobniejszymi szczegółami życia, które toczyłyśmy przez ostanie lata gdzieś poza sobą. Okazało się, że los bardzo podobnie pokierował naszymi ścieżkami
w pewnych aspektach życia.
Najgorszy był powrót do dnia tragedii. Gdy słuchałam opowieści Marzeny o tym strasznym dniu, nie potrafiłam powstrzymać skrywanych przez lata emocji. Łzy nieustannie napływały mi do oczu. Koleżanka chyba nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, że skok do przeszłości będzie dla mnie tak bardzo bolesny. Marzenka wspomniała, jak w dniu śmierci Marioli cała ich trójka: ona, tata i mama – siedzieli do późnych godzin w dużym fotelu, trzymając się za ręce.
Poruszając (gdzieś na początku spotkania) temat zmarłej dziewczyny, doznałyśmy w pewnym momencie dziwnego, niewytłumaczalnego zjawiska. W jednej chwili, zaskoczone tym, co się dzieje, oderwałyśmy się jednocześnie od stołu i mocniej wtuliłyśmy się w fotele. Spojrzałyśmy na siebie pytająco. W powietrzu było czuć coś bardzo dziwnego, ciężko opisać to słowami. Powietrze stało się jak gdyby bardziej gęste, ogarnęła nas niewytłumaczalna „fala miłości”. Trudno inaczej nazwać to uczucie, ale obie czułyśmy dokładnie to samo. Zamarłyśmy na kilka chwil i z niepokojem rozglądałyśmy się po pokoju.
– Ty wiesz, że nie jesteśmy tutaj same…? – Zapytałam po chwili koleżankę.
– Wiem – odpowiedziała. – Szczerze mówiąc, nie zdziwiłabym się, gdyby to żelazko zaczęło nagle unosić się w powietrzu…
Powiedziała Marzena, zerkając na deskę do prasowania, umieszczoną w prawym rogu salonu.
Niewytłumaczalny, przedziwny stan, w którym trwałyśmy obie jednocześnie, utrzymywał się przez dłuższą chwilę. Ku naszemu niedowierzaniu, nagle wszystko wróciło do normy.
Długi czas debatowałyśmy nad tym, co też mogło się wówczas wydarzyć. Do głowy nie przyszło nam bardziej sensowne wytłumaczenie niż to, że była to obecność zmarłej – ogrom miłości, którą przelała na nas przez wywołujące ją wspomnienie, była tak dobitna i namacalna, że nie było mowy o jakimkolwiek złudzeniu.
Ciężko było wytłumaczyć ten nagły fakt odwiedzin z zaświatów, ale nie mogłyśmy go w żaden sposób negować. Obie wiedziałyśmy, że ta sytuacja naprawdę miała miejsce. Tej nocy dyskutowałyśmy do około czwartej nad ranem. Następnie wzięłyśmy prysznic i położyłyśmy się spać – jak za nastoletnich lat – w jednym łóżku. Mimo zmęczenia dość wcześnie wstałyśmy. Kończąc przy śniadaniu poruszone poprzedniego dnia wątki, bez makijażu, z poplątanymi włosami, piłyśmy w ogromnych kubkach gorącą herbatę malinową i czułyśmy się tak, jak gdyby czas zatrzymał się dla nas kilkanaście lat temu…
To tak, jak gdyby minęło raptem kilka dni od naszego ostatniego spotkania. Obie odniosłyśmy wrażenie, że nasze ,,opakowanie” jest takie samo, ale mentalność znalazła się na zdecydowanie wyższym poziomie. Marzena stwierdziła, gdy się żegnałyśmy: „Wiesz, Gośka, my to mamy chyba coś z czarownic – wiesz, że one się nie starzeją!”. Przyznałam jej rację…
POZORNE ROZWIĄZANIE ZAGADKI
Dlaczego zmarła tak często pojawiała się w moim życiu? Czemu przez wszystkie mijające lata nie pozwalała mi zapomnieć o tym wydarzeniu? Snami, ciągłą obecnością w myślach, złudzeniem wręcz materializowania się w porach nocnych, dreszczami na ciele, które miewałam niejednokrotnie, mijając dom, w którym mieszkała. Coś niesamowitego.
Ta nieustanna OBECNOŚĆ. Ona wciąż BYŁA i nadal JEST obok. Podczas pisania tej książki dościgały mnie momenty zwątpienia. Chwilowe, ale jednak. Po króciutkim czasie nieobecności i braku przelewania myśli na papier – zresztą po kilku naprawdę spokojnych nocach, których nie zaznałam od lat, od czasu przeprowadzanej sesji wyjaśniającej całą sytuację, zmarła znów zaczęła pojawiać się w moich snach. Była wręcz zirytowana zaistniałą bezczynnością. Mobilizowała mnie do wznowienia zaprzestanych działań. Miała rację. Zasługuje zresztą
w pełni na to, aby być docenioną i wspomnianą – nawet wówczas, gdy fizycznie nie ma jej pośród nas. Wyglądała zupełnie tak, jak za życia. Sny znów były nadzwyczaj realistyczne.
Wznowiłam proces dokumentowania kolejnych faktów. Dwa, dość kluczowe wydarzenia, które opisywałam w którymś momencie książki – to jest dzień 26 urodzin oraz przeczytanie wspomnianej książki, spowodowały, że szerzej otwarłam oczy na inny wymiar. Wychowywana w doktrynie wiary katolickiej i w pełni akceptująca jej zasady, miałam do tego momentu opory – zresztą bałam się zwrócić do osób, które mogłyby powiedzieć coś konkretnego na temat nieustannej obecności zmarłej w moim życiu. Bałam się, że taki kontakt może wprowadzić mnie w jeszcze większe tarapaty. Jednak chęć odzyskania tak zwanego „świętego spokoju” była silniejsza niż wszystko inne. Wydarzenia potoczyły się błyskawicznie szybko, gdy siostra zasugerowała mi – wiedząc zresztą o dziwnych zdolnościach, które posiadałam od dziecka, abym dołączyła do grupy utworzonej na jednym z portali społecznościowych. Grupa nosiła nazwę „Życie po życiu”. Ogrom informacji, których można było zaczerpnąć z tego miejsca, był tak niesamowity, że pochłonął mnie bez reszty. Zaintrygował mnie fakt, że niektórzy
z administratorów grupy twierdzili, iż potrafią kontaktować się ze zmarłymi osobami, aczkolwiek, mimo wszystko, podeszłam do tego bardzo sceptycznie.
Tak naprawdę byłam bardziej bacznym obserwatorem niż współuczestnikiem konwersacji. Dalej miałam również opory przed poproszeniem kogoś o pomoc. Dopiero po długim czasie przynależności do grupy zdecydowałam się poruszyć ten tajemniczy wątek z dwiema należącymi do formacji osobami.
W dniu 29 lutego, wieczorną porą, napisałam do użytkownika
forum, Rafała N. , prywatną wiadomość, zadając mu takie oto pytanie:
– Witaj, Rafale, czy Ty potrafisz kontaktować się ze zmarłymi?
Odpisał:
– Witaj, tak. To tak zwane ODZYSKIWANIE. Oczywiście tylko wtedy, gdy jest ono konieczne, kiedy przewodnik daje takie pozwolenie.
W natłoku zajęć zdążyłam odpowiedzieć Rafałowi na wysłaną wiadomość dopiero 3 marca 2016 roku. Napisałam wówczas:
– Wiesz… mam problem z dziewczyną, która dręczy mnie od 8 lat. Była moją znajomą. Podejrzewam, że ona potrzebuje pomocy.
Rafał:
– Małgosiu, jako że temat jest dla mnie ciekawy, przeprowadzę taką sesję sprawdzającą i jeżeli będzie potrzeba, odzyskującą tę dziewczynę. Warunek to wykorzystanie tego tematu
w przyszłych publikacjach. Sesja może odbyć się w połowie kwietnia. (Ze względu na ilość zgłoszeń nie dam rady wcześniej.) Czy godzisz się na takie warunki?
Ja:
– Jak najbardziej. Oczywiście moja osoba pozostaje anonimowa?
Rafał:
– Tak.
Ja:
– Super. Opiszę Ci później całą sprawę. Możemy na Ty?
Rafał:
– Ewentualnie imię i skrót nazwiska, czyli Małgosia J.
Ja:
– Ok. Może być.
Rafał:
– Czy samo imię, jak Pani to widzi.
Ja:
– Nie Pani, Małgorzata jestem. Mnie to w zasadzie bez różnicy.
Rafał:
– Ok. No więc tak, zapisuję Cię.
Ja:
– Wrócę do domu z pracy – prześlę zdjęcie dziewczyny i opiszę całą sytuację.
Rafał:
– Oczekuj mojej wiadomości 17 kwietnia. Wtedy przyślę szczegóły co do sesji. Niczego nie przesyłaj.
Ja:
– Ok. Pasuje.
Rafał:
– Proszę, czekaj na moją wiadomość.
Ja:
– Niepotrzebne Ci nic? Ok, będę czekać.
Rafał:
– Na razie nic. Dopiero przed sesją imię i nazwisko tej dziewczyny, jeżeli ją znałaś.
Ja:
– Ok. Znałam dobrze, aż się boję…
Rafał:
– Dobrze. No więc cierpliwości i miłego wieczoru… nie bój się…
Ja:
– Wiesz, gdybyś przeżywał to tyle lat, miałbyś podobnie. Dziękuję i Tobie oczywiście również.
Rafał:
– Rozumiem. Dziękuję.
Każdy miesiąc, przybliżający mnie do próby rozwiązania tej zagadki – stawał się w moim odczuciu coraz dłuższy. Pewnego wieczoru, zanim Rafał zdążył odbyć ze zmarłą tak zwaną „sesję”, ja, śledząc kolejne posty, pojawiające się na forum, zdecydowałam
się porozmawiać z pewną dziewczyną – Małgorzatą. Potrafiła ona, na podstawie zdjęcia osoby zmarłej (które zresztą otrzymałam od Marzeny w dniu naszego spotkania po latach), udzielić na jej temat informacji dotyczących przykładowo miejsca, w którym obecnie się znajduje.
Oto, co powiedziała mi po zobaczeniu fotografii Marioli:
Gosia: (…) Faktycznie na pierwszy rzut oka wyczuwam silne emocje, nawet rozpacz. (…) Dopiero trzy miesiące po śmierci zrozumiała, że nie żyje i próbowała opuścić ten świat.
Ja:
– Ale chyba nie opuściła?
Gosia:
– Właśnie nie.
Ja:
– Czemu?
Gosia:
– Nie potrafi. Jej żal tu został. Nie chce odejść. Jest jej ciężko, w końcu tyle miała przed sobą. Nie rozumie celu swojej śmierci.
Ja:
– Przez tyle lat?
Gosia:
– Tam nie ma czasu, ona jest jakby uwięziona w tamtym dniu.
Ja:
– Gosiu – bardzo chcę jej pomóc, dlaczego akurat mnie o to prosi?
Gosia:
– Ty najlepiej ją rozumiesz. (…)
17 kwietnia 2016 r., w godzinach popołudniowych, napisałam do Rafała jako pierwsza. Nie mogłam się doczekać obiecanego wydarzenia. Emocje nie pozwalały mi już dłużej czekać. Wysłałam do niego wiadomość o następującej treści:
Ja:
– Witaj, Rafale, czy dzisiejsza sesja jest aktualna?
Rafał:
– Tak, dziś miałem się do Ciebie odezwać, aby ustalić szczegóły, natomiast sesja odbędzie się na dniach. Proszę o imię i nazwisko osoby zmarłej oraz jej koligacje z Tobą – mama, siostra, przyjaciółka itp.
Ja:
– A więc tak, dziewczyna nazywała się Mariola (nazwisko) Była moją koleżanką. Jej siostra jest do dnia dzisiejszego moją bardzo dobrą koleżanką. Boję się…
Rafał:
– Była ona dla Pani bliską osobą? Tak lub nie?
Ja:
– Tak. Była. Powiem Ci… Mogę na Ty?
Rafał:
– Możesz, nie pisz mi nic na jej temat tylko.
Ja:
– …że mama dziewczyn traktowała mnie jak trzecią córkę. Po tym jak ona zmarła…
Rafał:
– Dobrze, nic więcej nie pisz, proszę.
Ja:
– Ok.
Rafał:
– Dziś postaram się przesłać jeszcze Intencję dla Ciebie wraz z instrukcją.
Ja:
– Ok, czekam z niecierpliwością, Rafale.
18 kwietnia, godzina 17:14. Otrzymuję od Rafała tzw. Intencję – kilka konkretnych słów, coś w rodzaju chęci nawiązania kontaktu ze zmarłą oraz instrukcję, jak wyrazić tę intencję.
Robię to jeszcze tego samego dnia, przed snem.
19 kwietnia – chwilę przed południem, wysyłam do Rafała kolejną wiadomość:
Ja:
– Rafale, czy uważasz, że intencja została przesłana szczerze? Pytam, ponieważ dziś w nocy odniosłam wrażenie, że dziewczyna była u mnie.
Rafał:
– Prawdopodobnie dzisiaj zrobię seans dla Ciebie. Odwiedziny, o których piszesz, są bardzo prawdopodobne, ponieważ intencja, którą się posługuję, jest bardzo silną, kiedy jest prawidłowo wyrażona. (…)
Seans ze zmarłą, przeprowadzany przez Rafała, zostanie przytoczony poniżej w postaci raportu z oryginalną pisownią, którą otrzymałam od niego krótki czas po jej odbyciu. Dla osób, które nie wiedzą, jaką metodą posługują się osoby praktykujące tego typu „spotkania”, powiem, że jest to doświadczenie poza ciałem, podróż mentalna, bądź też świadome śnienie.
Poniżej wklejam wspomniany raport.
ZA ZGODĄ OSOBY CHCĄCEJ KONTAKTU PRZEDSTAWIAM SESJĘ KONTAKTOWĄ ZE ZMARŁĄ MARIOLĄ (pisowania oryginalna):
19.04.2016 r. – godz. 19:00-21:00. Idąc za przewodnikiem, zaczynam
dostrzegać jakąś dziewczynę… Ma dłuższe falowane bądź kręcone
włosy, bardziej jakby mocno falowane… trudno ocenić ich kolor…
Jej twarz jest uśmiechnięta… widzę, jakby nos, który nie do
końca jest prosty, ale trochę zaokrąglony. Włosy puszyste. Ubrana
jakby w sukienkę, możliwe, że to spódnica. Ona tańczy, uśmiecha
się, jest pełna radości, można powiedzieć życia. Widzę jakiś kwiatek,
malutki kwiatuszek w jej palcach. Odczuwam beztroskę… ona
podskakuje, tańczy. Widzę jakiś okrągły stół, stolik, jakby pergole
na pnące się rośliny – kwiaty, jakiś stawek mały, wszystko przycięte,
zadbane, wypielęgnowane. Widzę też jakby jakiś dom, ciemna
rama w oknie, w kształcie krzyża. Ona coś trzyma, jakby coś jak
lalka mała albo dziecko małe.
Ujawniam się w białym świetle. Ona się przestraszyła, uspokajam
ją, przytulam. Jest już w niej taki spokój… jest ładną dziewczyną,
wydaję się być ładną dziewczyną. Jej rzęsy, są takie długie albo
bardzo ładnie podkreślone… Jej włosy teraz widzę jakby zaczesane
na jedną stronę, dłuższe, ale teraz zaczesane… wcześniej widziałem
je rozpuszczone. Kolor włosów… jakby były w nich różne kolory,
odczuwam różne kolory…
– Jestem tu, ponieważ Małgosia chciała się z Tobą skontaktować.
Wyraziła radość, cieszy się, ale mówi też, że myślała, że może ktoś
z rodziny będzie… – Czuję się wspaniale, jestem tu taka radosna,
taka szczęśliwa… jest tak przyjemnie, tak radośnie – mówi ona.
Nagle na jej palcu usiadł mały kolorowy ptaszek… Czuję, że
jest tam tak ciepło, przyjemnie, niebo słońce, taki zadbany jakby
ogród.
– Jak to się stało, Mariolu, że się tu znalazłaś?
Widzę jakby zasłanianie twarzy… widzę jakieś koło, jakby z samochodu…
Odczuwam coś nagłego… Pojawia się też coś co wisi,
jak coś co jest w bezwładzie. Widzę obraz jak po śmierci ona klęczy
i się modli, wskazuje nagle palcem, gdzieś pojawia się jakieś światło,
są dookoła ciemne rzeczy, ale daleko widzę światło, do którego ona
idzie… Widzę ją w spodniach teraz, chyba dżinsy.
– Pokaż mi jakieś wspomnienie, Mariolu… Pojawia się obraz…
siedzą dziewczyny, śmieją się, bardzo się śmieją, coś piją, widzę też
słomki w tych napojach… Jest bardzo radośnie… widzę też jakby
jakichś chłopaków, którzy podchodzą… to miejsce jest jakby
miejscem, w którym spotykają się ludzie… Widzę też, jak tańczą
one. Widzę, jak Mariola za coś jakby dziękuje albo całuje jakby
w podzięce Małgosię, przytula ją, zarzucając ramię na nią, jakby się
w jakiś sposób żegnała albo coś? Widzę ogólnie dużo śmiechu między
nimi, takiej radości… Pojawiają mi się też jacyś chłopacy albo
chłopak… mężczyzna… one mówiły o nich albo łączyło je jakby
jakieś zainteresowanie nimi…
– Co lubiłaś robić, Mariolu? Widzę, jak ona coś próbuje, coś
nabija na sztućca, próbuje… Pojawia mi się woda, coś związanego
z wodą… Pojawia mi się ona też jakby w jakimś stroju plażowym
albo w jakby bieliźnie, idzie tak, ktoś na nią zerka, jakiś chłopak
albo mężczyzna… ona tak patrzy dziwnie, nie uśmiecha się. Odczuwam,
jakby się podobała im albo chciała się im podobać. Ona
tak zerka, ale bez uśmiechu, jakby nie do końca też lubiła takie
patrzenie na nią, może nie od wszystkich…
– Jakie było Twoje zajęcie za życia?
Widzę, jak się zgłasza, jak siedzi i zgłasza się, jakby w jakiejś ławce,
jakby chciała odpowiedzieć na jakieś pytanie. Siedzi wyprostowana.
Pojawia się też obraz, jakby siedziała nad czymś do czytania,
jakby się uczyła, siedzi, ma w ręku coś do pisania, stuka jakby tym.
Wchodzi ktoś nagle i woła ją na coś. Ogólnie widzę, jak ona jest też
myślami, jakby o czymś marzyła.
Zwracam się do przewodnika:
– Czy Mariolę trzeba stąd zabrać? – Nie jest to konieczne, jak
widzisz, dobrze się tutaj bawi. Ogólnie kiedyś ją zabierzemy, ale
póki co jest w bezpiecznym miejscu. Dziękujemy Ci za twoje wsparcie
– odpowiada przewodnik.
– A co to za miejsce?
– Tutaj Mariola uczy się jak postrzegać pewne rzeczy ze świata
niefizycznego, jak je odróżniać, jak dostrzegać różnice między
nimi. Przygotowuje się ona do wielkiego kroku uświadomienia sobie,
kim tak naprawdę jest. My ją przygotowujemy. W kolejnym
i w kolejnym życiu…
Wracam do Marioli. Teraz widzę ją w jakiejś sukience, takiej
luźnej i jakby w takim nakryciu wierzchnim, sweterku zapinanym
na tym… Pojawia się też coś okrągłego, jakby kolczyk okrągły…
– Czy chcesz coś przekazać Małgosi? Mówi jakimś zwrotem
„Gocha, Gośka, Małgośka”?… – TO NIE JEST WCALE TAKIE
ZŁE. WSZYSTKO SIĘ UŁOŻY – NIE PRZEJMUJ SIĘ NIM.
(chyba chodzi o jakiegoś faceta lub coś w tym stylu). BĘDZIESZ
ŚWIECIĆ TRIUMF. NADEJDZIE TO Z CZASEM, ALE PRZYBĘDZIE…
Mówi też jakby o czymś, co można by nazwać sławą. –
UWIERZ W SIEBIE, JESTEŚ WIELKA, DUCHEM I CIAŁEM.
KLUCZEM DO PEWNEGO RODZAJU SZCZĘŚCIA JEST
DBANIE O SIEBIE. ZADBAJ O SIEBIE. O SWOJĄ URODĘ,
SZANUJ JĄ, TO DAR, KTÓRY JEST CI POTRZEBNY,
ALE NIE ZMARNUJ GO. NIE OKRASZAJ GO BRUDEM. …
OKAŻ WSPARCIE TYM, KTÓRZY TEGO POTRZEBUJĄ…
JESTEŚ WIELKA, WIEM O TYM. Mówi też coś o jakiejś wspólnej
zabawie i dodaje – ONI NAS KOCHALI. Jakby chcąc powiedzieć,
że wzbudzały w innych uczucia. Pojawia się też jakby jakiś
slogan – „super babki, super laski…”?
Widzę jakieś dziecko. Mariola podnosi je do góry, całuje. Pojawia
się jakiś smutek, płacz… – TO NIE MUSIAŁO TAK WYGLĄDAĆ
– mówi Mariola. Pojawiają się jakieś istoty i zabierają ją
na chwilę. Po chwili wraca znów radosna, uśmiechnięta. Odczuwam
u niej taką energię, jakby chęć zbliżenia, pocałunku, przytulenia,
zaopiekowania się, ale jakby na zasadzie takiej bliskości – nie
chodzi tutaj o seks.
Mariola daje mi coś… to coś w rodzaju lalki, takiej zgrabnej,
z figurą (Barbie?), blond włosy, długie nogi i serce, czerwone serce
na środku…
– Czy chcesz coś przekazać swojej rodzinie, Mariolu? Mówi jakby
coś o dbaniu przez rodzinę, że jakby coś jest zaniedbane przez
rodzinę, jakby ktoś myśli tam o sobie. Mówi też, że kochali ją, ale
że coś się szybko skończyło.
Widzę teraz, jak robi coś z palcami u nóg, jakby ze stopą.
Pojawia mi się jakby jakiś obraz owłosienia, lekkie owłosienie.
Możliwe, że na łydce?
Pojawia się jakaś liczba… 1995… 2008…
Dziękuję jej… pojawiają się istoty, które ją zabierają… Ona posyła
mi jeszcze jakby pocałunek ręką…
Wracam… Zaglądam do Małgosi… odczuwam, że nad czymś
duka, zastanawia się, jakby debatowała sama z sobą… widzę też
jakby siedziała przed jakimś ekranem, to chyba komputer, klika
czymś…
W tym samym dniu, wysyłam Rafałowi wiadomość, w której ogromnie dziękuję mu za odbytą sesję. Gdy otrzymałam od niego powyższy opis i prześledziłam kilka pierwszych zdań… zaczęłam płakać… Musiałam otworzyć drzwi balkonowe, aby ochłonąć i zaczerpnąć świeżego powietrza. Kolejnego dnia wysyłam do niego informację, którą przytoczę fragmentami:
Ja: Po głębokim szoku, który przeżyłam, czytając cały opis, myślę, że pora na to, abyś poznał fakty… Mariola zginęła w 2008 roku. Zabił ją kierowca prowadzący samochód pod wpływem alkoholu. Od początku tej tragedii nawiedzała mnie, głównie w snach, usilnie tłumacząc, że nadal żyje. Nie mogłam normalnie spać, cały ten strach spowodował, że kładłam się do łóżka z włączonym światłem. Czasem odnosiłam wrażenie, że jej postać materializuje się. Łapie mnie za rękę itp. Trwało to długie lata. Zanim odbyła się sesja, prowadzona przez Twoją osobę, rozmawiałam jeszcze z jedną dziewczyną z forum. Podejrzewam, że ona pomogła Marioli znaleźć się w miejscu, w którym ją zastałeś. Sny delikatnie uspokoiły się, ale pojawiały nadal.
(…) W dniu śmierci widziałam się z nią na pewnej imprezie. Faktycznie witając się ze mną, objęła mnie. Tańczyłyśmy, ona piła alkohol. (…) Siostra zmarłej wspomniała, że faktycznie,
w pewnym stopniu, w rodzinie zbyt szybko o niej zapomniano. Przyznała, że ona (siostra zmarłej) zbyt często myśli o sobie samej (…). Jeśli chodzi o przekaz całej sesji – ja dostrzegam absolutną zbieżność podanych przez Rafała informacji. Mężczyzna prosił tylko o imię
i nazwisko dziewczyny. Nie mógł wiedzieć, że Mariola zginęła pod kołami rozpędzonego samochodu, nie mógł wiedzieć, że widziałam się z nią w dniu śmierci na wspomnianej dyskotece, nie miał wiedzy, że była uczennicą… Jest kilka motywów, o których wspomniał Rafał, a których niestety nie będę tutaj wyjaśniać, ponieważ zawierają informacje zbyt osobiste zarówno dla mnie, osoby zmarłej, jak i mojej przyjaciółki. Przybliżę jednak jeden
z przykładów. Pamiętacie blondwłosą lalkę z ogromnym sercem na piersi, którą Mariola przekazała Rafałowi? W marcu 2016 r. mój kochany, pięcioletni siostrzeniec Maksymilian przebywał w szpitalu. Każdego dnia odwiedzałam go, aby zastąpić opiekującą się nim siostrę. W łóżku obok leżała czteroletnia dziewczynka. Pewnego dnia, gdy przyszłam do malucha, dziewczynka powiedziała do swojej mamy: „Mamusiu, ta pani jest taka ładna, wygląda jak Elza (postać animowana z popularnej bajki dla dzieci)”. Uśmiechnęłam się, patrząc na dziewczynkę i pogłaskałam ją po głowie… Jakiś miesiąc po tej sytuacji moja siostra wybrała się wraz z naszą mamą, swoim mężem i synem Maksymilianem w odwiedziny do sąsiadów, którzy mieszkają obok moich rodziców. Również chciałam uczestniczyć w spotkaniu, niestety sprawy zawodowe nie pozwoliły mi tego dnia dłużej zostać na wsi. Kolejnego dnia, przed wyjściem do pracy, jadłyśmy wspólnie z siostrą śniadanie. Kasia powiedziała mi wówczas: „Wiesz co, byłam wczoraj w szoku, kiedy zobaczyłam, jak Magda (córeczka sąsiadów) bawi się blondwłosą lalką przedstawiającą…Elzę! Ta lalka miała na piersiach duże, czerwone serce…” Zrozumiałam, że Rafał dostał tę lalkę od zmarłej, która jednocześnie miała być moim uosobieniem, po to, aby pokierować mnie merytorycznie w procesie powstania niniejszej publikacji, ponieważ miał już za sobą praktykę w tym temacie. Zresztą to jedyna osoba, której sugestia była dla mnie tak naprawdę znaczącą w aspekcie poważnego podjęcia tego tematu. Jego porady konkretnie ukierunkowały mnie w procesie wydania książki – do tej pory nie wiedziałam, od czego powinnam zacząć. Nieprzypadkowo również, oczekując jak najszybszej recenzji od osób spoza kręgu moich znajomych, poprzez wysłanie książki do kilku wydawnictw, pierwsze zgłosiło się właśnie to, które również wybrał Rafał.
SIŁA PRZESUNIĘCIA PARADYGMATU
Całe życie uczymy się być lepszą wersją samych siebie. Ramy szablonów, w jakie rzuca nas codzienność oraz walka o przetrwanie każdego kolejnego dnia, zaprzepaszczają główne wartości naszego istnienia. Pragnę zaznaczyć, że jestem bardzo mocno wierzącą osobą. Nie lubię jednak narzucania wzorców, które plasują nas w kategorii lepszych bądź gorszych wyznawców Pana Boga. Sami zdecydujmy, w którym kierunku pragniemy podążać.
Rozważmy, co wypada bardziej, a co mniej. Czy czujemy, że kreacja otaczającej nas rzeczywistości jest dokładnie taka, jakiej pragniemy? Zastanówmy się, czy z góry jesteśmy skazani na cierpienie? Czy warto przeżyć dany nam czas krocząc najprostszą linią oporu?
Żyjemy w społeczeństwie, które zrzesza w większości wyznawców wiary katolickiej. Twierdzimy, że wierzymy w Boga, żywimy nadzieję w uzyskanie życia wiecznego po śmierci. Jednak, gdy zdarzy się okazja, aby poznać ten inny świat bliżej, w czystej, przejrzystej postaci – dopada nas niewiara, zwątpienie. Twierdzimy, że to imaginacja, bzdura. A przecież tak racjonalny jest fakt, że w ostatecznym rozrachunku kres czeka na każdego z nas. Ta sama ziemia, prędzej czy później, strawi nasze ciała bez względu na stan posiadania czy status społeczny. Jedyny majątek, który przyjdzie nam wówczas ze sobą zabrać, to bogactwo duszy…
Układajmy życie w najlepszym, możliwym dla nas samych, wydaniu. Nigdy nie jest za późno na zmiany. Żyjmy tak, aby każdy kolejny dzień był dla nas cennym darem, pamiętając jednocześnie o tym, że to, co najpiękniejsze, nie wymaga od nas żadnych nakładów finansowych: rodzina, przyjaciele, uczucia, docenianie piękna otaczającego nas świata…
Cóż nam z tego, że wciąż zdobywamy więcej i więcej? Mijają kolejne lata, jesteśmy z każdym dniem bogatsi materialnie, a jednocześnie stajemy się tak bardzo ubodzy duchowo… Nic z tego, co „nasze” w fizycznym wydaniu, nie zostanie z nami na wieki. Człowiek – niby tak proste,
a jakże skomplikowane zarazem. Ograniczamy się do powtarzania czynności dnia codziennego. Pielęgnujemy dawno wypalone uczucia, pozwalamy dać się poniżać partnerom, znajomym, dajemy się wykorzystywać pracodawcom. Tkwimy w miejscu, które dawno powinniśmy opuścić. Nie umiemy walczyć o siebie. Ulegając rutynie, pracujemy niczym maszyny, poświęcamy swój cenny czas, aby dbać o rzeczy materialne i zmęczeni wyczekujemy każdego kolejnego dnia, nie ciesząc się obecnością chwili, w której aktualnie się znajdujemy.
A życie toczy się TU I TERAZ.
Patrząc na innych, często dążymy usilnie do bycia ich wierną kopią, a przecież dla każdego człowieka szczęście będzie miało odmienną definicję. Nie kierujmy losem innych, nie oceniajmy ich! Mamy wolną wolę. Niech każdy odpowiada za własne błędy, wszak to na ich bazie nabywamy bezcennego życiowego doświadczenia.
Indywidualiści – tak wielu ich wokół, tak rzadko mają odwagę kroczyć własną drogą. Pogoń bez celu, codzienny zgiełk, prestiż, bogactwo – czy naprawdę daje nam to prawdziwe szczęście? Gdzie więc szukać sensu w tej zaprogramowanej rzeczywistości?
Mów innym, jak wiele dla Ciebie znaczą. Kiedyś z ogromną skruchą będziesz żałować wielu wypowiedzianych w złości słów. Znajdź czas dla swoich bliskich, przyjaciół, znajomych. Ludzi, którzy dają Ci szczęście już samą swą obecnością, chwytaj swoje marzenia pomimo przeszkód, jakie życie stawia na Twojej drodze. Rób to, co kochasz, walcz o swoje szczęście, nie zwracaj uwagi na to, co powiedzą inni – to straci jakąkolwiek wartość w momencie śmierci…
ZAKOŃCZENIE
Magia tej wieloletniej historii. Swoista obecność zmarłej, przeplatająca się z wydarzeniami pozornej prozy dnia codziennego. Poszukiwanie pomocy. Pragnienie obustronnego zaznania spokoju. Ogrom emocji, które tak ciężko ogarnąć zdrowym rozsądkiem. Odzyskałam spokój. Cisza. Brak nawoływania. Trwałe urwanie kontaktów ze zmarłą. Mam nadzieję, że ten koszmar nie powróci, a Mariola dościgła wreszcie upragniony spokój…
Wspominam dawne lata. Chwile, które przypominają czas spędzany wspólnie z dziewczynami w ich rodzinnym domu. Dziecięce wygłupy, przekomarzanie się, ogrom śmiechu podczas śniadań jedzonych prędko przed przyjazdem szkolnego autobusu. To wszystko na zawsze zostanie w mojej pamięci. Długie konwersacje, które uwielbiałam toczyć z mamą dziewczyn, a które zirytowana Marzenka przerywała, przypominając mamie, że odwiedziłam przecież JĄ.
Te wszystkie sytuacje, radosne wspomnienia – tak wiele tego w głowie. Upływający czas nie wymazał ich z pamięci. Ulotność naszego życia – kruchego, pozornie poukładanego. Ulega zmianom każdego kolejnego dnia, którego nadejścia jesteśmy tak pewni.
Nie mamy mocy zaplanować niczego trwałego. Wszystko się kończy. My również… ZACZNIJMY ŻYĆ!
Jest już później, niż zakładamy.
W świecie, w którym na wszystkie toczące się wydarzenia szukamy naukowego potwierdzenia, gubimy cenny dar obserwacji i wewnętrznej wrażliwości. Wykorzenianie zdolności, z którymi przychodzimy tak naprawdę na świat jako dzieci, a tracimy je w miarę upływającego czasu, sprawia, że toczymy życie bardzo mechanicznie. Gubienie się w tej codzienności, dopasowywanie się do schematów, które rządzą naszym środowiskiem – to wszystko zaprzepaszcza jakąś cząstkę nas. Chaos bezpowrotnie zabierający czas. Chwile, które moglibyśmy wykorzystać zgodnie ze swoimi predyspozycjami, faktycznie przynoszącymi nam spełnienie.
Nie zmieniajmy siebie, bo TAK KAŻĄ. To, co gra nam w duszy, prędzej czy później musi ujrzeć światło dzienne. Czynności wykonywane na co dzień powinny dawać nam bezwzględne spełnienie, radość, życiowy cel.
Mija dzień za dniem, gubimy część siebie, aby dogonić resztę. Liczy się wyłącznie status społeczny i to, aby osiągać wciąż więcej i więcej. Tylko pytanie – czy naprawdę pragniemy tego wewnętrznie? Czy raczej wynika to z chęci poszukiwania uznania wśród rodziny, znajomych, obcych ludzi?
Ilu z Was ma odwagę ułożyć sobie życie tak, jak podpowiada mu wewnętrzny głos? Co nas powstrzymuje? Środowisko, pieniądze? Wewnętrzne przekonanie czy wyznawane doktryny?
Te hamulce to tak naprawdę tylko iluzja. Urodziliśmy się przecież wolnymi ludźmi
– czemu więc trwale niszczmy naszą spontaniczność utartymi schematami?
Czy kiedykolwiek zadaliście sobie pytanie – jaki jest prawdziwy cel Waszego życia? Ja zastanawiałam się nad tym od dziecka. Pewnie dla każdego motyw ten będzie miał inny wymiar. Jest jednak niezaprzeczalna, uniwersalna wartość, która bez względu na pochodzenie,
wyznanie czy status społeczny, sprowadza wszystkich do jednego punktu – do bezgranicznej miłości, której podświadomie pragnie każda żywa istota.
WYDAWNICTWO
Copyright © by Małgorzata Jaworska, 2016
Korekta
Izabela Rytwińska
DTP
Tomasz Targosz
Wydawnictwo
BLACK UNICORN
ul. Harcerska 7/33
44-335 Jastrzębie-Zdrój
www.blackunicorn.pl
Jastrzębie-Zdrój 2016
Wydanie I
ISBN 978-83-7732-447-9